Ohisashiburi, czyli kopę lat. Wybaczcie, że tyle czasu nic to nie pisałam, ale ostatnie trzy tygodnie były dość intensywne i nie bardzo miałam czas i siły, żeby tutaj pisać co się i mnie dzieje. Dzisiaj mam zamiar w skrócie telegraficznym wypisać co mniej więcej porabiałam od połowy sierpnia do dziś. Będzie to naprawdę bardzo skrótowe, więc resztę opowiem Wam po powrocie do Polski. Już niecałe trzy tygodnie tylko mi zostały. Czas jeszcze nigdy w życiu nie biegł tak szybko jak w ciągu ostatniego miesiąca.
A teraz skrót w punktach:
* Inception w japońskim kinie. Film rewelacja oczywiście. Fotele mega wygodne i do tego popcorn na słodko! Taki popcorn to mogłabym jeść codziennie. :D
* Kaitenzushi Póki co mój pierwszy i ostatni raz kiedy miałam okazję jeść sushi w restauracji. :P Świetna sprawa. Wszystko świeże i pyszne. Pan przygotowujący sushi przesympatyczny. Gawędził sobie z nami (poszliśmy z ludźmi z grupy i jedną nauczycielką) cały czas praktycznie. I oczywiście relatywnie taniej niż w Polsce.
* Hanabi taikai numero 4 - moje ostatnie sztuczne ognie w Japonii. Nie tak piękne jak ver 3, ale za to poszłam tym razem w 6 osób z ziomkami z grupy, więc było przesympatycznie. I pierwszy raz oglądałam sztuczne ognie na stojąco.
*kolejny wykład z historii - tym razem się zawiodłam. Nie było już takich fajerwerków jak za pierwszym razem. Ale to może wynikać z tego, że Nagai-sensei podpadł mi kilka razy i teraz jestem trochę do niego uprzedzona.
*wycieszka do Sagamihary do baru Ryouheia - cóż mogę rzec - brak mi słów, tak świetnie się bawiłam. Po raz kolejny pomyślałam sobie, że nie żałuję ani minuty, ani sekundy spędzonej na żmudnej nauce w ciągu tych długich pięciu lat. Opłaciło się. Tylko po to żeby móc bezproblemowo porozmawiać sobie o wszystkim i o niczym ze swoim największym japońskim idolem. Naprawdę po tym spotkaniu uwierzyłam, że mój poziom japońskiego jest już całkiem zadowalający. Mam nadzieję, że już wkrótce znowu uda mi się choć trochę pogadać z Ryouheiem i może też z innymi tancerzami. Ale to się okaże już niedługo.
*festiwal hip-hopowy B-BOY PARK 2010 w Shibui - tam trafiłyśmy z Karoliną przez kompletny przypadek. Poszłyśmy sobie na spacer do parku Yoyogi i jak z niego wychodziłyśmy usłyszałyśmy muzykę. Ja cierpiąca na ciągły niedosyt muzyki, przyjaciół i imprez oczywiście od razu namówiłam Karolinę, żebyśmy chociaż zerknęły co tam się dzieje. I z tego zerkania wyszło nam kilka ładnych godzin spędzonych na słuchaniu najróżniejszych japońskich MC, a na koniec nawet obejrzałyśmy sobie bitwę tancerzy. Żyć nie umierać w tym mieście.
*purikura - czyli wielka pasja młodych japonek. To są te automaty do robienia sobie przesłodkich maksymalnie wyretuszowanych zdjęć. Całkiem fajna sprawa, ale póki co tylko ten jeden raz sobie na to pozwoliłam. Muszę się ogarnąć i znowu z kimś pójść.
*obiad w koreańskiej knajpie - wszyscy mówią, że koreańska kuchnia jest taka strasznie ostra i w ogóle, więc trochę się bałam, że nie bardzo będę miała co tam jeść. Ale okazało się, że jest dużo potraw kompletnie nieostrych, a te które miały być takie strasznie ostre, były na tyle łagodne, że nawet ja byłam w stanie je zjeść. :)
*REDLINE - japoński film animowany, który wchodzi do kin tutaj dopiero za miesiąc. Jeśli jakimś cudem trafi do Polski to polecam go wszystkim ludziom lubiącym animacje. Był to specjalny pokaz dla studentów z wymiany odbywający się w jakiejś tokijskiej szkole filmowej. Po pokazie został przeprowadzony wywiad z chętnymi. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że ja też się znalazłam wśród małej grupki ochotników. Sama nie wiem czemu. W każdym bądź razie relacja znalazła się potem na największym japońskim portalu o tematyce filmowej. Link tutaj. :)
*kanji tesuto - w końcu udało mi się zaliczyć test ze znaków! 89%! Nic to nie zmienia jeśli chodzi o naukę, ale satysfakcję mam. :D
*zapisałam się do fanklubu Ryouheia - tak wiem, jestem wariatem, ale nic na to nie poradzę. :P
Resztę napiszę potem, bo muszę zjeść lunch teraz. :(
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz