czwartek, 29 lipca 2010

Imieniny bez fajerwerków

A może jednak z?

Niestety zgodnie z naszymi obawami dzisiejszy pokaz fajerwerków w Adachi został przełożony. Co gorsze został przełożony na jutro, więc nie ma szans, żebyśmy poszli. Ale nie ma co się załamywać - jeszcze wiele pokazów przede mną, bo sezon się dopiero zaczyna.

Ogólnie byłam jakaś mało przytomna dzisiaj na zajęciach, bo w nocy nie mogłam spać, nie wiedzieć czemu. I do tego dziś był ostatni dzień Toshiko w szkole. A jak Suzuki-sensei sprawdziła na swoim iPhonie, że fajerwerków brak, to nastrój zepsuł mi jeszcze bardziej. Już myślałam, że dzień będzie spisany na straty, ale tutaj miła niespodzianka. Jak powiedziałam moim koreańskim znajomym, że dziś są moje imieniny (oczywiście najpierw musiałam im wytłumaczyć co to są imieniny) to wszyscy mi złożyli życzenia, a jedna koleżanka zaprosiła mnie potem na piwo do restauracji w Shibui. Nie posiadam się ze szczęścia, że trafiłam na takich świetnych znajomych! Ale czemu dowiaduję się o tym, że są tak świetni dopiero po miesiącu nauki? Dzisiaj sporo o tym gadałyśmy z Eun Joo [czyt. un dziu] i powiedziała mi, że ona zawsze chciała, żebyśmy razem gdzieś poszły po zajęciach, ale przez to, że ja zawsze trzymałam się z Toshiko nie chciała nam przeszkadzać. Na szczęście już sobie wytłumaczyłyśmy, że im więcej będziemy się wszyscy razem spotykać tym lepiej. Tak więc już pojawiły się plany wspólnego grillowania, wyjazdu gdzieś we wrześniu, pójścia gdzieś w yukatach, pójścia do Tokyo Tower itd. itp. Wygląda na to, że od tego tygodnia moje tokijskie życie nabierze rozpędu. A wiecie co jest w tym najlepsze? To, że cały czas używamy japońskiego i się nawzajem od siebie uczymy nowych rzeczy. Przed wyjazdem myślałam, że w Japonii będę chciała spotykać się tylko z Japończykami, bo co mnie tam obchodzą inne narodowości. Ale po tym jednym tygodniu, który wciąż jeszcze trwa, muszę powiedzieć, że z Koreańczykami dogaduję się o wiele lepiej niż z tubylcami. Zadziwiające.

A wracając do naszego wyjścia. Tak jak już pisałam wcześniej, w tym kraju jak się idzie na piwo to się jednocześnie je. I dzisiaj z okazji moich imienin Eun Joo zamówiła nam trzy rodzaje sashimi, sałatkę z owoców morza, jakieś warzywa i mięsko. Uczta! Tak sobie myślę, że w Polsce chyba najbardziej będzie mi brakowało sashimi, jeśli chodzi o japońskie potrawy...

A jak wracałyśmy do domu to na tych wielkich telewizorach w Shibui leciała reklama najnowszej płyty Yamapiego!! [One in a million rządzi po wsze czasy :P ]Jednak Shibuya nocą robi niesamowicie pozytywne wrażenie. Dzisiejszy dzień chyba wygrywa z fajerwerkami w Yokohamie i ląduje na szczycie mojej listy najbardziej udanych dni w Japonii.

Ciekawe co przyniesie jutro... Tak bardzo wyczekiwane przez wszystkich wyjście z grupą... musi być ciekawie!

środa, 28 lipca 2010

Pogaduchy

Wczoraj na zajęciach było (jak zawsze w środy) ciekawie i wesoło. Co jak co ale Mizusawa-sensei rządzi na całej linii. Czas się w ogóle nie dłuży, kiedy się jej słucha. :)

A po zajęciach poszłam z dwoma kolegami na kawkę. W końcu się zakumplowałam z jakimiś facetami! Tylko czemu dopiero miesiąc po moim przyjeździe?! No ale w każdym bądź razie okazuje się, że oni też się nie mogą doczekać piątkowego wyjścia na piwo. Wszyscy się nie mogą doczekać, ale przez trzy tygodnie nikt nie wpadł na to, żeby gdzieś razem wyjść całą grupą. Co za ludzie! A ci moi dwaj koledzy to AJ (czyli wcześniej pojawiający się na blogu koreański Bartek Lesner :P) i... i... eee... Budua (tak to brzmi, ale nie mam zielonego pojęcia jak się to pisze po francusku ^^"). Okazuje się, że AJ jest w moim wieku, ale Budua ma 28 lat. W piątek się okaże jak jest z resztą ludzi, bo póki co to prawie wszyscy są starsi ode mnie. Aż dziw mnie bierze, bo w Polsce przeważnie to ja byłam jedną z najstarszych w grupie zawsze. Jedna tylko Koreanka jest chyba 2 albo 3 lata młodsza. A tak to 26,28 i ponad 30.

A AJ jest nową wersją mojego kolegi z japońskiego - Maćka P. [Maćku, pozdrawiam Cię serdecznie ;)], gdyż postanowił sobie, że w grudniu ma zamiar zdać JLPT 1kyuu (czyli najwyższy możliwy poziom certyfikatu) i codziennie po zajęciach uczy się jeszcze przez kilka godzin w kawiarni. Jak zobaczyłam książkę, którą już prawie całą przerobił to się załamałam - nic z niej nie ogarniam. Podziwiam, ale raczej nie wezmę z niego przykładu. :P Wolę na spokojnie podejść w tym roku do 2kyuu, bo jeśli chodzi o szukanie pracy, to to mi powinno w Polsce wystarczyć. Jedynkę oczywiście też planuję zdać, ale to już w nieco dalszej przyszłości.

W każdym bądź razie to pokazuje na jak ambitnych wariatów trafiłam w Japonii.

A dzisiaj się wybieramy na hanabi taikai. Tylko pojawił się jeden problem - DESZCZ! Na razie jest 10:30 i wciąż pada, ale modlę się, żeby do wieczora się wypogodziło.

wtorek, 27 lipca 2010

zdjęcie


A w sumie nie jest aż tak źle z tym zdjęciem kiedy jest zmniejszone. ;)
[tylko wygląda jakbym miała wielką plamę na środku bluzki :p]

日常 - zwykły dzień

Jak w temacie. Dzisiaj nie mam za wielu rzeczy do opisania. Na zajęciach raczej nudy. Upał wciąż się utrzymuje. Jedyne dwa interesujące punkty dnia to polaroid i obiad. :P Jeden kolega przyniósł dziś na zajęcia polaroida i nawet zrobił mi z Toshiko zdjęcie. Pamiętacie jeszcze czasy kiedy się używało polaroida? Toż ta byłam wtedy w podstawówce. Niestety jak zrobiłam zdjęcie zdjęciu to jakość jest słaba, więc nie będę go tu wrzucać. Ale radochę miałyśmy.

A obiad był ogromny jak zwykle. Tym razem była zupa miso z małżami, smażony węgorz i koreańska potrawa o wdzięcznej nazwie bibimbap A na deser jeszcze brzoskwinie, więc jest szansa, że mój plan utycia w Japonii się powiedzie. Zważywszy, że w ogóle tu nie ćwiczę i nawet ostatnio za wiele nie spaceruję, bo się nie da w tym upale. Już nie mogę się doczekać, kiedy na jesieni znowu zacznę chodzić na kurs tańca...

poniedziałek, 26 lipca 2010

Zakupowy weekend

Jako że zbliżają się moje imieniny dostałam od rodziców misję znalezienia sobie jakiegoś prezentu. Ponieważ nadal jestem „o Boże, hanabi taikai to najlepsze rzecz, jaka wyszła Japończykom” to od razu postanowiłam, że chcę dostać yukatę. Polecono mi na zajęciach, żebym udała się do sklepu UNIQLO, bo tam są całkiem ładne yukaty w niskich cenach. Dalego umówiłam się na sobotę z Toshiko na dworcu Shinjuku i udałyśmy się na poszukiwania. Shinjuku nie zrobiło na mnie zbyt pozytywnego pierwszego wrażenia. Może przez to, że była to sobota tłum był nie do zniesienia. Aczkolwiek w Japonii w tygodniu nie jest wiele lepiej niż w weekendy. Po pół godziny udało nam się w końcu znaleźć jeden z ośmiu (!) sklepów UNIQLO znajdujących się w okolicach stacji. Przebrałyśmy wszystkie możliwe wzory i w końcu wybrałam czarną w różowo-fioletowe kwiaty. Nie wrzucam na razie zdjęcia, bo padł mi aparat. Ale jak już uda mi się ubrać w cały zestaw to obiecuję wrzucić fotki. A mówię zestaw, ponieważ w niedzielę poszłam na zakupy raz jeszcze. Tym razem z Mamą-san, aby kupić mi geta, czyli specjalne japońskie sandały. Podobno jest już coraz mniej sklepów/szewców z prawdziwymi geta, więc bardzo mi na nich zależało. I udało się kupić je za cenę wyższą niż yukata, ale też i jakość jest dużo lepsza. Ogólnie uważam, że są przepiękne i już nie mogę się doczekać kiedy będzie okazja, żebym je założyła. A wyglądają one o tak:



Przed wyjściem na hanabi taikai muszę trochę poćwiczyć chodzenie w geta, bo nie jest to to samo co zwykłe japonki. :P

A co poza tym się u mnie działo? W sobotę po zakupach umówiłam się z moją nauczycielką japońskiego z Polski – Mayą. Bardzo sympatyczne spotkanie. :) Najpierw przez 15 minut usiłowałam dotrzeć na umówione miejsce na dworcu Shinjuku, ale w końcu jakimś cudem mi się udało. Poszłyśmy do kawiarni, całkiem eleganckiej, ale oczywiście odległość między stolikami nie przekraczała 20 cm. Na szczęście cały czas gadałyśmy po polsku, więc nie było problemów. Tylko trochę dziwię się wszystkim ludziom przychodzącym na randki w takie miejsca. Ale co kto lubi. Później wzięłyśmy się za poszukiwania tortu dla chłopaka Mai, bo miał akurat urodziny. Jeśli chce się kupić ciastko i zjeść je na miejscu nie ma z tym problemu, ale kupienie tortu nie jest już takie łatwe. W końcu udało nam się dotrzeć do jakiegoś (podobno znanego) domu towarowego, gdzie całe jedno piętro było poświęcone słodyczom. No tam to można się wyżyć. Jeśli jesteś na diecie to najlepiej zrobisz wymazując ze swojej świadomości istnienie takich miejsc. Wszystko aż się prosi o zjedzenie. Jakby zdarzyło mi się wpaść tu w depresję to już wiem gdzie się udać, żeby sobie poprawić nastrój. :)) Mam nadzieję, że tort, który wybrałyśmy był smaczny. Wyglądał zachęcająco.

Kolejny punkt dnia to spotkania z Gosią i Karoliną – moje dwie koleżanki z japońskiego w Polsce. Do Gosi uśmiechnął się los i miała okazję „pilnować” mieszkania jakiegoś swojego bogatego znajomego, który wyjechał do Polski. Tak więc miałam okazję pograć sobie w bilard, poznać nowy alkohol – koreańskie makkori (polecam) i podziwiać piękny widok z 16-go piętra wypasionego apartamentowca.



Jeszcze raz, Gosiu, dziękuję za zaproszenie! :*
W poniedziałek natomiast udałam się po raz pierwszy do izakaya, czyli japońskiego baru.Kolejne małe marzenie spełnione. Poszłam z Mamą-san, jej koleżanką z pracy i jej dwójką dzieci. To taka mała próba, przed moim piątkowym wyjściem z grupą! ;) Podstawowa obserwacja: oni chodzą do baru, żeby jeść, a przy okazji się napić, a nie żeby pić i coś przegryźć. Tak więc wypiłam jedno piwo i jedno shochu (25% podobno) a zjadłam z osiem różnych potraw. Wszystko jak zawsze pycha i jak zwykle czego bym nie spróbowała to padało pytanie: jesteś w stanie to zjeść? Smakuje ci? Jakieś wnętrzności kurczaka były trochę gumiaste, ale dałam radę. :) Inne rzeczy były super, tylko niestety nie jestem w stanie spamiętać tych wszystkich nazw. Oni sami nawet nie wiedzieli jak się nazywa jedna ryba jaką jedliśmy. Tak więc pierwsze wieczorne wyjścia za mną. Powoli zaczynam żyć jak normalny człowiek.

piątek, 23 lipca 2010

Historyczny wykład

Jako że mam już wolny dostęp do Internetu w domu zaprzestaję zwyczaju nazywania postów datami i przechodzę do bardziej freestylowych nazw! :)

Historyczny wykład miał miejsce dzisiaj o 17:15 w mojej szkole. A czemu był historyczny? Gdyż był to najciekawszy wykład o historii w moim życiu. Gdybym trafiła na takiego nauczyciela historii jak Nagai-sensei w szkole to pewnie bym nie studiowała zarządzania tylko historię. Tematyka wykładu była taka jak się spodziewałam - Sengoku Jidai, czyli w zaokrągleniu lata 1500-1700 w Japonii. Tłumacząc na polski - Era Wojny.
Ogólnie w tym czasie Japończycy urządzili sobie hitogoroshi party, czyli imprezę morderców. W takim właśnie klimacie był prowadzony wykład przez pana Nagaia. Mówię Wam, w życiu tak się nie uśmiałam słuchając naprawdę poważnych historii. Mam wręcz trochę wyrzuty sumienia, że śmiałam się z ludzkiej tragedii, jaką jest wojna, ale nic nie mogę na to poradzić. W każdym bądź razie wiem, że na następny wykład 20.08 stawiam się na 100%. Całe szczęście, że Toshiko mnie namówiła, żeby iść dzisiaj. W sumie poszłam tam tylko po to, żeby sprawdzić czy z moim japońskim poradzę sobie w zrozumieniu 90-minutowego wykładu o historii. Nie miałam żadnych problemów. A pana Nagaia od dzisiaj ubóstwiam. To jest ten sam przemiły pan, z którym rozmawiałam w sprawie zmiany grupy ze znaków. A wciągnęłam się w historię maksymalnie. Co chwila pojawiały się nowe zdjęcia i obłędne wręcz rysunki. Nie wiem gdzie on się nauczył tak wykładać, ale chętnie wysłałabym tam wszystkich profesorów i doktorów Wydziału Zarządzania UW. Ani przez minutę się nie nudziłam. Aż żałuję, że nie ma takich zajęć co tydzień. Tato, pewnie się cieszysz, że zaczęłam się interesować historią. ;)

A przed wykładem byłam kompletnie wykończona po moich zwykłych zajęciach. Piątki to dzień sakubunu (wypracowania), który jest strasznie wykańczający. Siedzi się 1,5h i pisze jakieś głupoty. Na serio wolałabym, żeby to była praca domowa zamiast pisania w sali. Po sakubunie Nishimura-sensei przeszedł samego siebie, tłumacząc nam jedną konstrukcję gramatyczną przez prawie dwie godziny. Nie wiem jak on to zrobił, ale coś co każdy zrozumiał w 5 minut rozkładał na czynniki pierwsze przez tyle czasu, że już myślałyśmy z Toshiko, że zaraz padniemy. Po zajęciach mówiłyśmy sobie: o Boże, po co my się zapisałyśmy na ten wykład z historii?! Przecież już umieramy. Ale chwała Bogu, że się zapisałyśmy. Obym miała szansę pójść na więcej wykładów w tym stylu kiedy tu jestem. I na wykładzie nawet był jeden kolega z mojej grupy! Więc w końcu w poniedziałek będę miała powód, żeby do niego zagadać. :D

A dzisiaj stwierdziłyśmy z jedną koleżanką, że dłużej tak być nie może i zarządziłyśmy, że w przyszły piątek idziemy po zajęciach całą grupą na nomikai, czyli się alkoholizować. Dziewczyny przyjdą na pewno, tylko pytanie co z chłopakami. Mam nadzieję, że się ogarną i raczą nas zaszczycić swoją obecnością. Prawdopodobnie jak się napiją zaczną się w końcu odzywać z własnej woli. Już się nie mogę tego doczekać.

A w domu obejrzeliśmy sobie Tonari no Totoro. Przypomniał mi się festiwal anime, na którym poszliśmy sporą ekipą na ten film. Ależ to były czasy... Aż się chce zaśpiewać: totoro totoro totoro totoro.


Jak widzicie dzisiejszy dzień był męczący, ale niezwykle wręcz radosny i pełen wrażeń. Zakładam, że moje życie w Tokio będzie już płynąć takim torem aż do mojego powrotu do Polski. Wiem, że jestem trochę naiwna, ale co tam. ;)

czwartek, 22 lipca 2010

Czwartek, 22.07.2010

Zaspałam! Pierwszy raz udało mi się zaspać. Oczywiście nie na tyle, żeby nie zdążyć na zajęcia, które są o 13:30, ale obudziłam się o 11 zamiast o 8:30. Miałam za to okazję obejrzeć kawałek Króla Lwa po japońsku, bo Mai-chan ma teraz wakacje i chyba będzie siedzieć teraz często w domu, a jest fanką wszystkiego co dziecinne, stąd też seans Króla Lwa. Żeby nie było: do obiadu oglądaliśmy Króla Lwa 2. :D Zastanawiam się czy ona wybrała zawód przedszkolanki, bo jest dziecinna, czy może przez to że jest przedszkolanką interesuje się rzeczami dla dzieci. Raczej obstawiam to pierwsze.
A na zajęciach znowu było wesoło. To mi się coraz bardziej podoba. Z dnia na dzień robie się coraz ciekawiej. Trudno jest podać jakieś konkretne przykłady czemu tak uważam, ale ogólnie atmosfera się poprawia. Dzisiaj nawet w trakcie zajęć kilka razy wywiązała się dyskusja pomiędzy uczniami, co do tej pory raczej nie miało miejsca. Oczywiście jedną stroną w tej dyskusji byłam ja! Mimo, że uważam, że inni mają wyższy poziom japońskiego niż ja to i tak gadam na zajęciach, bo inaczej bym się zanudziła na śmierć. Teraz rozumiem już tego koreańskiego Bartka Lesnera, który spał na zajęciach w ciągu poprzednich dwóch tygodni. Bo teraz już nie śpi! I jest jedynym chłopakiem który jest aktywny. Dzisiaj powiedział, że zdał JLPT 1kyuu, ale coś nie chce mi się w to wierzyć. [JLPT – Japanese Language Proficiency Test, 1kyuu – poziom pierwszy, czyli najwyższy] Ja mam zamiar w grudniu zdawać dwójkę… Tak czy siak, najważniejsze, że w końcu zajęcia stają się najciekawszym, a nie najnudniejszym punktem dnia.
Gadałyśmy dzisiaj z dziewczynami, że trzeba coś z robić z chłopakami, żeby zaczęli się odzywać i zaproponowałam, żebyśmy gdzieś razem wyszli, ale nie wiedziałyśmy za bardzo gdzie. Za to w trakcie zajęć wpadłam na wspaniały pomysł! Musimy pójść grupą na hanabi taikai. Akurat dzisiaj rozmawialiśmy o hanabi taikai na zajęciach i wygląda na to, że wiele osób chciałoby pójść. Przy okazji wypłynęła sprawa yukat, bo tak jak pisałam w poprzednim poście, na hanabi taikai można się w nie ubrać i już mi koleżanki i sensei doradziły gdzie powinnam sobie yukatę sprawić. Bo mam ją dostać od rodziców na imieniny. :D Już się nie mogę doczekać weekendu, kiedy pójdziemy z Toshiko na zakupy. :D W domu w Warszawie już mam jedną, którą dostałam od mojej Japońskiej koleżanki Sayori, ale niestety nie zmieściła się już do walizki. Ale jak to się mówi: nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – będę miała nową. A zaraz zacznę research wszystkich pokazów sztucznych ogni w mieście. Trzymajcie za mnie kciuki, żeby pomysł spotkał się z pozytywnym odbiorem wśród grupy.
Z innych ciekawostek to dzisiaj skończyłam moją pierwszą książkę po japońsku!! 170 stron! Wybrałam sobie możliwie najprostszą tematykę, żebym mogła czytać w metrze bez użycia słownika, więc zdecydowałam się na romans. Tytuł: Wrota do miłości. W życiu bym czegoś takie gonie przeczytała po polsku, ale czego się nie robi dla japońskiego. ;P Był to strzał w dziesiątkę. Poradziłam sobie z e zrozumieniem bez większych problemów. Oczywiście jeszcze jest wiele znaków, których nie znam, ale z kontekstu można było się wszystkiego domyśleć. Czekam teraz na oklaski. ;)
I chce mi się iść na imprezęęę! Jestem na tyle zdesperowana, że chyba za chwilę zacznę słuchać Lady Gagi w Internecie. :P

Środa, 21.07.2010

Dzisiejszy dzień upływa pod jednym hasłem: HITORI DE DEKIRUMON. Dla niewtajemniczonych, jest to mój ulubiony, ubóstwiany, ukochany japoński tancerz freestyle’owy. Jest dla mnie półbogiem i w ogóle, jak macie czas to zobaczcie sobie go na youtubie. ;) Ale o co chodzi. Otóż weszłam rano na jego bloga i co widzę? 13 sierpnia będzie event, na którym wystąpi Hitori. Oprócz niego będą też inni tancerze, za którymi przepadam, więc po prostu muszę tam być. Póki co nie mam jeszcze z kim tam pójść, ale mam nadzieję, że do sierpnia uda mi się tu nawiązać w końcu jakieś znajomości. Powiem Wam szczerze, że umieram tu z powodu niedoboru znajomych. To już nie chodzi o to, że tęsknię za Wami Najgorsi, tylko że w ogóle brakuje mi znajomych w moim wieku. Zdałam sobie właśnie sprawę, że jedyny facet z którym rozmawiam od kiedy tu przyjechałam to Tata-san. Co za porażka!! Jak w ciągu najbliższego tygodnia nic z tym nie zrobię wpadnę chyba w depresję. I tu dochodzimy do problemu z moją grupą z japońskiego. Nie wiem czemu chłopcy w tej grupie są tacy aspołeczni. Teraz i tak już jest lepiej niż na początku, bo atmosfera na zajęciach się trochę rozgrzewa, jest coraz więcej żartów i rozmów nie na temat, ale nadal nigdzie razem nie wychodzimy. Koniecznie trzeba to zmienić! Tak uważam ja i Toshiko. Z tym, że Toshiko jest na kursie tylko do przyszłego piątku, więc aż tak bardzo jej nie zależy na socjalizacji naszej grupy jak mi. Ale będę walczyć! :)
A wieczorem zamiast się uczyć znaczków dałam się namówić Mamie-san na piwo, bo w tym domu nikt poza nią nie pije. Więc ona się napiła piwa, ja chu-haia i następnie obejrzałyśmy sobie razem moją ulubioną dramę tego sezonu Hotaru no Hikari 2. Dramy z kimś ogląda się jeszcze fajniej niż samemu. I to chyba tyle przemyśleń jak na dzisiaj.

Wtorek, 20.07.2010

Dzisiejsze zajęcia bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Najpierw były znaki – Nishimura-sensei wziął sobie do serca nasze narzekania na za niski poziom grupy i stwierdził, że w książce jest za mało słownictwa i sam przygotowuje teraz trzy razy więcej słów, w dużej mierze pokrywających się z materiałem z podręcznika z wyższego poziomu (tego który sobie kupiłam). Dlatego dzisiaj już się kompletnie nie nudziłam i miałam okazję poznać sporo nowych złożeń. Oby tak dalej. Ale największym przebojem było wtargnięcie jednej koleżanki z mojej grupy w połowie kolejnych zajęć. Dwudziestoośmioletnia Tajwanka wchodzi do sali i gada do siebie „źle się czuję, źle się czuję, źle się czuję”. No to oczywiście pada pytanie: a co się stało? I dziewczyna zaczyna monolog na kilka minut zaczynający się od zdania: Japończycy to najgorsi faceci na świecie. xD Okazuje się, że Hori, bo tak ma na imię owa dziewczyna, chodzi od jakiegoś czasu z Japończykiem i się ostatnio zaczęli jakoś bardzo kłócić. Dzisiaj też się najwidoczniej pożarli. Od razu zaczęła opowiadać jakieś historie o jakichś koleżankach, kolegach, jakimś zapraszaniu się gdzieś i nie wiem czym tam jeszcze, bo gadała z prędkością torpedy. Aż wszystkim szczęki opadły, że potrafi tak dobrze mówić. Ale jej sposób dobierania słów jest rozbrajający. Niestety nie jestem w stanie przetłumaczyć tego na polski tak żeby nadal było to równie śmieszne, więc musicie mi wierzyć na słowo. Ogólnie dzięki temu jej wybuchowi całe zajęcia były jakieś żywsze niż zwykle. Mam nadzieję, że taka atmosfera będzie też jutro, bo od razu inaczej się pracuje, kiedy ludzie dookoła Ciebie nie śpią nad książkami od razu bardziej chce się uczyć.
A na obiad były korokke, do tej pory byłam przekonana, że to nasze polskie krokiety, ale troszkę się pomyliłam. Wierzch owszem jest taki sam – chrupiąca skórka, jednak wewnątrz nie ma naleśnika z nadzieniem, tylko jest puree ziemniaczane. I krokiety te są bardziej okrągłe niż podłużne. A do tego była prawdziwa najnormalniejsza w świecie bułka paryska! Myślałam, że nie mają tu takich rarytasów, a jednak!
Upał w Tokio coraz bardziej daje mi się we znaki. Brak zieleni coraz bardziej mi przeszkadza. Chyba znowu na weekend trzeba będzie się gdzieś wybrać. Jeszcze nie w wyczaiłam czy się szykują jakieś pokazy ogni sztucznych, więc muszę zbadać sprawę. A tym czasem kładę się spać…

Poniedziałek, 20.07.2010

Dziś jest w Japonii święto państwowe – Dzień Morza, więc zajęć niestety nie było. Miałam plan, żeby pojechać do akwarium niedaleko od mojego domu, ale jak się obudziłam byłam tak zmęczona po weekendzie, że sobie darowałam ten pomysł. Upał był na tyle nieznośny, że nigdzie się z domu nie ruszyłam nawet. Spędziłam dzień głównie na czytaniu książek i nadrabianiu zaległości w znakach, bo wczoraj po powrocie nie miałam już sił na naukę. Czyli ogólnie nudy. Były tylko dwa ciekawe elementy – program telewizyjny o znanym japońskim niewidomym pianiście i obiad. Program był interesujący, bo część reportażu była kręcona w Warszawie. :) Miło zobaczyć coś związanego ze swoim krajem kiedy się mieszka na drugim końcu świata. Na koniec programu pianista zagrał nawet jeden z mazurków Chopina. A na obiad były chińskie pierożki gyoza. Wszyscy je zachwalają i ja również się do grupy fanów gyozy od dzisiaj przyłączam. Jak gdzieś będziecie mieli okazję ich spróbować to próbujcie koniecznie, bo warto. Pierożki Mamy-san mają mniej mięsa a więcej warzyw niż w restauracji, ale te w restauracji na pewno też są pyszne. Wieczorem miałam okazję zobaczyć pierwszy odcinek nowej dramy z Matsujunem. Muszę powiedzieć, że trafiłam na jakiś wyjątkowo słaby sezon, bo póki co żadna drama mnie specjalnie nie poraziła. Moja teoria, że sezon letni jest zawsze najnudniejszy niestety znowu się potwierdziła. Trochę żal, ale dramę z Matsujunem i tak będę oglądać, choćby nie wiem jak beznadziejna nie była. Desperacja przeze mnie przemawia trochę.

Niedziela, 18.07.2010

Dzisiaj po raz pierwszy udałam się „za miasto”. Piszę w cudzysłowie, gdyż od Tokio do Yokohamy jedzie się pociągiem pół godzinki, a za oknami bez przerwy widzimy miejski krajobraz, stąd można pomyśleć, że to wciąż Tokio. :) Na wycieczkę pojechałam z Karoliną i Toshiko. O tyle o ile z Karoliną umówiłam się na stacji przez którą jeżdżę codziennie i już ją dobrze znam, to z Toshiko umówiłyśmy się na dworcu w Yokohamie. I to nie był najlepszy pomysł, bo rozmiar tamtego dworca jest przytłaczający. Hasło było, że jeśli ni znajdziemy się przy wyjściu z dworca to spotkamy się przed wejściem do podziemnego centrum handlowego, tylko oczywiście nie wzięłyśmy pod uwagę, że centrów takich może być kilka. :P Ale na szczęście komórki nas uratowały i jakoś siebie odnalazłyśmy. Dzisiaj były w planie dwa punkty podróży: China Town i pokaz sztucznych ogni wieczorem. Cóż mogę powiedzieć – moje pierwsze China Town w życiu, ale bez większych rewelacji. Chińczycy są znacznie mniej mili od Japończyków, więc trochę dziwnie się tam czułam. Przez dwa tygodnie zdążyłam się już przyzwyczaić, że jak wchodzisz do sklepu lub restauracji to wszyscy skaczą wokół Ciebie i traktują Cię jak półboga. A tutaj powrót do polskiej rzeczywistości. No ale przynajmniej zjadłam kilka smacznych rzeczy, które polecali mi rodzice-san, czyli: gomadango (kulki sezamowe, podobne do tych z Wooka), babeczkę kokosową (tak jakby u nas nie było :p) i nikuman (czyli bułka na ciepło z mięsnym nadzieniem, ciasto jest lekko słodkawe, ale bardzo smaczne). Były też jakieś świątynie, gdzie się paliło mnóstwo kadzidełek. To ma jakiś związek ze zmarłymi, ale ja się za bardzo nie orientuję. A sklepy to taki typowy chiński bazar w stylu naszego Stadionu Dziesięciolecia . Najbardziej podobał mi się ten sklep:



Potem udałyśmy się do parku Yamashita, znajdującego się nad morzem na pokaz sztucznych ogni. Poznałam tam moje dwie nowe miłości: hanabi taikai, czyli właśnie pokaz sztucznych ogni, oraz chu-hai, czyli gazowany napój alkoholowy (tylko 6%) w różnych owocowych smakach. Ja piłam cytrynowy, ale są też na pewno grapefruit i brzoskwinia i kto wie co jeszcze. Na zdjęciu poniżej ja i chu-hai :)



A teraz trochę więcej o hanabi taikai. Ogólnie to jest taki duży piknik. Ludzie przychodzą z kacykami/matami, przynoszą jedzenie i napoje, część ubiera się w yukaty, czyli letnie kimona, jest scena z jakąś muzyką na żywo, budki z przekąskami na ciepło i piwem, ogólnie cudowna atmosfera. Ja się czuję w takich miejscach jak ryba w wodzie, więc już postanowiłam, ze jak tylko będę mogła to będę chodziła na każdy możliwy hanabi taikai w Tokio, jaki będzie, a ma być ich trochę, bo sezon dopiero się zaczyna. Już się nie mogę doczekać kolejnego wyjścia. :) Szkoda tylko, że w Polsce coś takiego jest kompletnie niemożliwe do realizacji. Gdyby u nas można było pić w miejscach publicznych i na takich dużych zgromadzeniach otwartych, to pewnie strach by było tam się w ogóle pojawiać. A wygląda to mniej więcej tak:



Jak widać na załączonym obrazku, siedzi człowiek na człowieku, ale nikomu to zupełnie nie przeszkadza. Jest sporo rodzin z małymi dziećmi, ale chyba najwięcej jest par randkujących.
Posiedziałyśmy z dziewczynami, pogadałyśmy, napiłyśmy się chu-haia i piwa, a potem zaczął się pokaz właściwy. Trwał mniej więcej 20 minut i przy każdym ładniejszym wybuchu rozlegały się gromkie brawa na terenie całego parku. Obłęd. Oczywiście odruchowo wczuwasz się w atmosferę i zaczynasz wołać tak jak wszyscy: łooo, ale piękne, suuuper, itd. itp. Jak wiecie nie jestem specjalistą od robienia zdjęć, więc wrzucę to co jest najbardziej znośne, ale oczywiście w żaden sposób nie oddaje to wrażenia jakie robią prawdziwe fajerwerki. Tam trzeba po prostu być.





Była ogromna różnorodność fajerwerków – wysokie i niskie, duże i małe, jednokolorowe i wielokolorowe, okrągłe, w kształcie serduszek, uśmiechniętych buzi i pyszczków kota. Koty zrobiły chyba największą furorę.
To drugie zdjęcie to finałowy wybuch. Toshiko mówi, że zawsze na koniec są wielkie złote fajerwerki. Mam nadzieję, że już wkrótce sama się o tym przekonam. Oszalałam kompletnie na punkcie hanabi taikai. Chyba póki co to był dla mnie najbardziej udany dzień, od kiedy tu jestem.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Sobota, 17.07.2010

Dzisiaj miała być Yokohama, ale wyszła z niej Odaiba, Ginza i Ueno. Ale po kolei. Cały dzień spędziłam z Karoliną. Najpierw umówiłyśmy się w Shinbashi, żeby pojechać do Odaiby, czyli dzielnicy nad morzem. W końcu mamy lato, więc wypadałoby się wybrać nad morze chociaż raz. Pogoda była cudowna. Trochę za gorąco, ale i tak jak na tutejszą aurę lepiej być nie mogło. Mówiąc morze mam na myśli Zatokę Tokijską, a nie otwarte morze, ale to i tak już coś. Podstawową zaletą Odaiby jest brak tłumu ludzi, gdzie się nie spojrzy. Mogłyśmy więc sobie spokojnie spacerować i robić zdjęcia ile nam się żywnie podobało. Tak naprawdę w Odaibie nie ma żadnych większych atrakcji poza wodą i wiatrem, więc nie dziwne, że tłoku nie było. Ja za to miałam okazję spełnić jedno ze swoich małych marzeń i zobaczyć żyrafy nad morzem. Oto i one:



Mam nadzieję, że też je widzicie.
Z innych atrakcji była jeszcze Statua Wolności i budynek Fuji TV, który wygląda o tak:



Tak się złożyło, że dzisiaj był tam jakiś event i był tłum ludzi, ale wstęp był płatny, więc sobie podarowałyśmy wejście do środka. Może jeszcze kiedyś będzie okazja… Następnie trafiłyśmy do sklepu/kawiarni dla ludzi chorych na punkcie kotów. Można tam kupić dosłownie wszystko w kotki – zeszyty, długopisy, ubrania, naczynia, figurki, naklejki, jakieś ramki i stojaki – jednym słowem same bezużyteczne bzdety, których ja w życiu nie kupię. To były produkty dla ludzi, ale oczywiście jest też dział z produktami dla kotów – zabawki, ubranka (w tym czapki), obróżki, miski, jakaś elektroniczna kuweta i Bóg jeden wie co jeszcze. Jak dla mnie zboczenie. :P
Po tym ciężkim dla mnie przeżyciu postanowiłyśmy się przejść Rainbow Bridge (ten za mną).



Szłyśmy pod wiatr, więc nie było lekko, musiałam cały czas trzymać kapelusz w garści i trochę ciężko robiło się zdjęcia, ale trudno się mówi. Po moście chciałyśmy pójść do jakiegoś znanego japońskiego ogrodu, ale ponieważ była 16:30 to już nie udało się nam wejść. Nie rozumiem opcji z zamykaniem atrakcji turystycznych o godzinie 17. Po porażce z ogrodem chciałyśmy przejść się na piechotę do Shinbashi, żeby stamtąd pojechać do parku Ueno na matsuri. Tylko jakoś tak nam wyszło przypadkiem, że znalazłyśmy się w Ginzie, czyli dzielnicy z najdroższym pasażem handlowym w mieście. Są tam wszystkie markowe sklepy, które w Warszawie będą się pojawiać jeszcze przez najbliższe 5-10 lat. Z fasad najbardziej przypadł mi di do gustu Swarovski.



Następnie udałyśmy się do Ueno na matsuri. Kiedy byłam tam tydzień temu i zachwycałam się zespołem z Okinawy do amfiteatru wejść mógł każdy. Tym razem były bilety. Nie wiem czemu w tym kraju ciągle trzeba za wszystko płacić. Żałuję, że na wizie turystycznej nie można pracować, bo oszczędzanie mnie dobija znacznie bardziej niż w Warszawie. Jest tyle miejsc, w które chciałabym pójść i tyle rzeczy, które chciałabym kupić, że musiałabym wygrać w totka, żeby zrealizować wszystkie plany tutaj. Ale wróćmy do matsuri. Szczerze mówiąc to się troszkę zawiodłam. Było tylko kilka budek z jedzeniem, za to sporo sklepików z tandetą i te bilety do amfiteatru. Ludzie też nie było zbyt dużo. Dziwne jak na to miasto. Zjadłyśmy świeżą yakisobę, szybko się stamtąd zwinęłyśmy i poszłyśmy zwiedzić bazar Ameyoko. Tam za to bardzo mi się podobało. W przewodniku piszą, że jest to pozostałość po czarnym rynku, kwitnącym tam po Drugiej Wojnie Światowej. Teraz można tam kupić głównie ubrania i jedzenie. No i tyle w sumie zwiedziłyśmy dzisiaj. Jutro kolej na Yokohamę. :)

piątek, 16 lipca 2010

Piątek, 16.07.2010

Powoli zaczynam tracić wiarę w to miasto jeśli chodzi o Internet. Ledwo co się dowiedziałam, że w szkole można korzystać z sieci kiedy się chce i ile się chce to jednak się okazuje, że to nieprawda. Dzisiaj przyjechałam półtorej godziny wcześniej na zajęcia, umówiłam się z rodzicami na skypie i co się okazuje? Że sala z Internetem jest teraz zajęta i nie można z niej korzystać! Jakby nie mieli gdzie robić spotkań. Już mnie cholera bierze. Aby odreagować poszłam na spacer do najbliższego parku jaki mi się udało znaleźć i co? Tutaj nie ma ani jednej sieci! Nawet sieci z zabezpieczeniami nie ma. A siedzę tuż pod Nippon Budokan, czyli takim wypasionym stadionem, gdzie są wszystkie najważniejsze mecze baseballu i chyba też jakieś duże koncerty. Po prostu nie wierzę! W parku jest przynajmniej trochę cienia i ławki, towar wyjątkowo deficytowy w Tokio. Może nie w całym Tokio, ale póki co we wszystkich dzielnicach, w których byłam nie ma miejsca, żeby posiedzieć na powietrzu. Coraz bardziej zaczynam tęsknić za Warszawą. Chyba jak wrócę to pierwszy tydzień przesiedzę we wszystkich możliwych parkach warszawskich, żeby sobie odbić tutejszy niedobór zieleni i powietrza.
Więc ostrzegam Was, moi Drodzy, jeśli wydaje Wam się, że Japonia do XXVI wiek jeśli chodzi o technologię, to Internet jest kilka lat w tyle za Polską. Mam tu na myśli dostępność. Bo żeby w sieciowej kawiarni z Internetu można było korzystać max przez 10 minut to się mi w głowie nie mieści. Ale jak już Internet jest to śmiga jak szalony oczywiście. Co tylko bardziej mnie irytuje.

***

No nie wierzę. Przyszłam teraz (po zajęciach) to sali z Internetem i co? Okazuje się, że jak chcę skorzystać z Internetu na własnym laptopie muszę poczekać aż jakiś komputer zrobi się wolny, wyciągnąć z niego kabel sieciowy i podłączyć dopiero swojego laptopa. Do tego kabel jest tak krótki, że ledwie jestem w stanie teraz pisać. Ciekawe czy uda mi się wrzucić wszystkie posty w takich warunkach.

***

Stał się cud! Udało mi się wszystko zupdate'ować. Pierwszy raz piszę na tym blogu w czasie rzeczywistym. xD Przedziwne uczucie. Ale może jeszcze kiedyś mi się to uda. Teraz już kończę, bo czas wracać do domu na obiad.

Czwartek, 15.07.2010

Dzisiaj przed zajęciami umówiłam się z koleżankami na matsuri w pobliżu szkoły. Matsuri to taki festyn uliczny. Rozstawiają się budki z różnymi przekąskami, głównie grill, słodycze i napoje. Poza tym są jakieś gry dla dzieci w stylu łowienia złotych rybek, czy jakichś plastikowych piłeczek. Ponieważ poszłyśmy tam przed południem ludzi było mało. Wszystko rozkręca się popołudniu, ale wtedy ja mam zajęcia oczywiście, więc nie wiem co się działo.
Usiłowałam dzisiaj zrobić coś z moimi zajęciami ze znaków. Po zajęciach zostałyśmy z Toshiko w Sali, żeby porozmawiać z naszym senseiem. Powiedziałyśmy, że już uczyłyśmy się tych wszystkich znaków i trochę to dla nas jest bez sensu. W trakcie tej rozmowy weszła jakaś babka i powiedziała, że słyszy o czym rozmawiamy i że wszyscy uczniowie mówią to samo, ale jak chcemy możemy później przyjść do biura i zobaczyć wynik swojego testu. Ja od razu powiedziałam, że wiem, że test poszedł mi beznadziejnie, ale teraz uczę się czegoś co już umiem. Ale nic nie dało się zrobić, bo musiałyśmy iść na następną lekcję w innym budynku. Swoją drogą to strasznie niemiła była ta kobieta – pierwszy taki przypadek od kiedy tu przyjechałam. Może dlatego tak się z Toshiko zdenerwowałyśmy. Jak później gadałyśmy z koleżanką to ona powiedziała, że też próbowała się przenieść i jej nie pozwolili. I też mówiła, że ta kobieta jest jakaś niemiła. Dlatego strasznie nie chciałam iść do biura, żeby nie trafić na tę kobietę, ale i tak poszłam, bo coś trzeba było zrobić z tą sytuacją. Na całe szczęście trafiłam na jakiegoś przesympatycznego młodego pana. Zupełnie inna rozmowa niż z tamtą babką. Miło, sympatycznie, widać było, że chce mi jakoś pomóc i w końcu ustaliliśmy, że kupię sobie książkę do wyższego poziomu i sama się będę z niej uczyć, a na początku sierpnia będzie kolejny egzamin poziomujący i wtedy będę mogła awansować na wyższy poziom. To jest chyba jedyne sensowne rozwiązanie w tym momencie. I tak znaków uczy się głównie w domu, a nie na zajęciach. Więc teraz mam postanowienie, żeby codziennie uczyć się znaków z dwóch poziomów jednocześnie. Dość ambitne zadanie, ale powalczę. W szczególności, że książki są tak skonstruowane, żeby ucząc się codziennie opanować cały materiał w ciągu 6 lub 8 tygodni. A w szkole zajęcia ze znaków są tylko 2 razy w tygodniu i przez cały semestr planem jest przerobienie połowy pierwszej książki. Dziwna sprawa. Poza tym nadal czytam codziennie Murakamiego, co też zabiera sporo czasu, a na podróże metrem kupiłam sobie jakieś romansidło, żebym nie musiała do jego czytania używać słownika. Muszę w ciągu tych 3 miesięcy nauczyć się kilkuset znaków i koniec.

A żeby nie było tak poważnie to pochwalę się kolejnym kulinarnym doświadczeniem. Dzisiaj jadłam lunch jak prawdziwy salariman – anpan i mleko. Anpan to jest bułka z nadzieniem z anko, czyli słodkiej pasty z fasoli – palce lizać! I poniekąd zdrowe. ;)

Środa, 14.07.2010

Moje przemyślenia ze środowego poranka: Hasebe Makoto – kapitan japońskiej reprezentacji – jest mega ciachem!! Nie wiem czemu tego do tej pory nie zauważyłam. :P I tutaj przechodzę do ważniejszej obserwacji: japońska telewizja jednak jest niesamowita. Gdyby nasza drużyna była w takiej samej sytuacji co reprezentacja Japonii to po powrocie do kraju tylko słyszałoby się kogo trzeba wywalić i kogo wymienić, żeby więcej nie dochodziło do takich porażek. A drużyna Japonii wraca i jest traktowana mniej więcej jak nasi siatkarze, kiedy zdobyli złoto. Codziennie są gośćmi w różnych programach i opowiadają historię swojego życia, czemu zaczęli grać w piłkę, przynoszą zdjęcia z dzieciństwa, opowiadają o przyjaźniach wewnątrz reprezentacji, itd. Póki co widziałam wywiady z Nakazawą, Hondą i biednym Komano. Komano ogólnie jest jeszcze cały czas załamany, ale wszyscy go pocieszają i mówią, żeby się nie przejmował. Wszyscy piłkarze są wylansowani, większość jest wygadana jak gwiazdki telewizji. Dwa światy w porównaniu z nami. Ale Hasebe – rewelacja – powalający uśmiech, miły głos, poczucie humoru, czego chcieć więcej od piłkarza? :PP I jest tylko rok starszy ode mnie! Nie cierpię kiedy sławni ludzie są w moim wieku. Czuję wtedy, że sama nic w życiu nie osiągnęłam… Ech, kiedy my się doczekamy takiej drużyny piłkarskiej?
W czasie zajęć doznałam szoku. Otóż mam w grupie jednego Koreańczyka, który już od pierwszych zajęć wydawał mi się dziwnie znajomy, ale jednocześnie wiedziałam, że nigdy wcześniej go nie widziałam. I dzisiaj nagle odkryłam o co chodzi! Ten chłopak ma głos identyczny jak Bartek Lesner!! (dla niewtajemniczonych, to mój kolega z wydziału) Nawet manierę mówienia i wyraz twarzy ma taki sam! Poza tym wygląda kompletnie inaczej. Niesamowite – koreański Bartek Lesner mi się trafił w grupie. Czyż świat nie jest mały? A i z ciekawostek to ten gościu śpi na każdych zajęciach. A siedzi w pierwszej ławce. Czad. W zasadzie to jest jedyny ciekawy chłopak w mojej grupie. Reszta jest strasznie zamulona. Dziewczyny za to wszystkie są przesympatyczne. Na jutro umówiłyśmy się przed zajęciami na matsuri, ale nie wiem dokładnie co się będzie działo. W każdym bądź razie yukaty nie zamierzam zakładać. :P
Dzisiaj mieliśmy w domu dwóch gości. Najpierw przyszła sympatyczna pani, o której już dużo słyszałam i która nosi ksywę „talking monster”. Przyniosła dango. Tak, tak, ot samo dango co hana yori dango. Dwa rodzaje: jeden z anko, a drugi z jakimś słodkawym sosem. Obydwa pyszne, ale z sosem bardziej mi smakowały. Nie pamiętam jeszcze jak się ta pani nazywa, ale faktycznie gada bez przerwy. I bardzo jej smakowała nalewka mojego taty. :) A tata-san powiedział, że bardzo dobra jest nalewka z kawy i żeby mój tata spróbował taką zrobić. Mimo, że sam nie pije alkoholu to gadać o nim potrafi bez problemów. :P A drugim gościem była jakaś tam córka koleżanki z pracy Mamy-san. Dziewczyna przyjechała na rowerze, żeby pożyczyć jakąś marynarkę, a wystrojona była jakby szła na imprezę. Miała szkła kontaktowe zmieniające kolor na brązowy i przyklejane rzęsy. Fryzura i makijaż też oczywiście perfekcyjne. Później jak poszła strasznie długo gadaliśmy o różnych głupotach. O dziwo telewizor był cały czas wyłączony. Tata-san znowu tworzył swoje teorie, na których końcu zawsze pojawia się tekst „tak mi ostatnio powiedział Pan Bóg”. xD Jak na Japończyka to całkiem często rozmawia z Bogiem.
Z tego wszystkiego zapomniałam, że dziś leci Hotaru no Hikari i zdążyłam na samą końcówkę. Porażka. Od dzisiaj będę zapisywać w kalendarzu, kiedy mam coś obejrzeć.

Wtorek, 13.07.2010

Dziś na śniadanie spotkałam się z kolejnym japońskim (ale chyba nie tylko) wymysłem, a mianowicie ze złotym kiwi. Wygląda to tak:



A smakuje jak lekko sfermentowane zwykłe kiwi, czyli delikatnie mówiąc - słabo. Czasami Japończycy potrafią przedobrzyć z udziwnieniami. Na „lunch” kupiłam sobie kolejny popularny produkt dla zabieganych salarimanów , czyli… czyli… hmm… nie wiem nawet jak to nazwać. W każdym bądź razie jest to coś z owoców, coś pomiędzy galaretką, dżemem a jogurtem i sprzedawane to jest w niedużych pojemniczkach z dzióbkiem, który się otwiera, a następnie ściskając opakowanie zawartość trafia przez dzióbek do ust. Słabo brzmi ten opis, łatwiej by było jakbyście zobaczyli reklamę czegoś takiego, ale niestety nie pamiętam nazwy. Wiem tylko, że takie coś reklamuje Yamapi. :P Swoją drogą bardzo fajna reklama. Muszę przyznać, że nie rozumiem popularności tego jedzenia, ponieważ jest fatalne w smaku. Tak sztucznego produktu z owoców jeszcze w życiu nie jadłam. Chyba powrócę do zwyczaju kupowania słodyczy na drugie śniadanie.
A teraz bardziej dramatyczna część dnia. Tak jak wcześniej zapowiadałam miałam dzisiaj pierwsze zajęcia ze znaków. I się załamałam. Test musiał mi pójść naprawdę tragicznie, bo dostałam się do grupy na przerażająco niskim poziomie. W czasie tego semestru mamy zrobić pierwszą połowę książki, w której ja nie znam może ze trzech kanji. :( Będę musiała walczyć, żeby mnie przenieśli na wyższy poziom, bo takie zajęcia jak dzisiaj to dla mnie kompletna strata czasu. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu zmienię grupę. Jestem beznadziejna jeśli chodzi o znaki, ale mam ambicje, żeby tu się ich mnóstwo nauczyć. A powtarzanie tego co już powinnam umieć wcale mi nie pomoże w realizacji mojego planu. Wszystko przez to, że zmienili egzamin państwowy z japońskiego i dodali jeden poziom, który ja mam zamiar ominąć w tym roku. A książka przygotowuje właśnie do tego poziomu. Póki co ludzie zmieniali grupy, ale raczej na niższe poziomy niż wyższe. Oby mi się udało awansować i to najlepiej o dwie klasy. Ten tydzień będę ostro kuła znaki i może się uda.
Na obiad jadłam prawdziwe domowe japońskie curry. Co za szczęście, że Mama-san tak świetnie gotuje! Po raz pierwszy od kiedy tu przyjechałam użyłam słowa „okawari”, czyli poprosiłam o dokładkę. Rodzice byli w szoku. :D I jadłam też glony kombu, określane mianem morskiego szpinaku, ponieważ równie dobrze wpływają na zdrowie jak on. Rodzice zakładali, że nie będą mi smakować, ale wcale tak nie było. Więc nadal szukają czegoś czego nie zjem. Jeszcze mają dwa miesiące na znalezienie takiej rzeczy. Ciekawe czy dadzą radę.
I zaczęłam oglądać nową dramę z Nishikido Ryo – JOKER. Zapowiada się nieźle. Jakbym miała Internet to bym trochę rozwinęła temat, a tak to tylko mogę napisać, że to typowy japoński kryminał. Właśnie! Jeśli macie jakieś dramy do polecenia to powiedzcie mi tytuły i kiedy lecą w TV, bo nie wszystkie dramy są reklamowane bez przerwy.

Poniedziałek, 12.07.2010

Dziś był bardzo zwykły dzień. Nic nie zwiedzałam, nigdzie nie spacerowałam, więc nie mam za wiele do napisania. Odniosłam tylko dwa małe sukcesy. Po pierwsze: udało mi się wybrać pieniądze z japońskiego bankomatu bez żadnych problemów. A po drugie udało mi się kupić bilet miesięczny ze zniżką dla studentów. Szkoda, że tylko na część mojej trasy do szkoły, ale lepsze to niż nic. Razem z biletem kupiłam kartę na którym jest on zakodowany i od dzisiaj nie muszę w kółko korzystać z automatów do sprzedaży biletów, tylko mogę doładowywać kartę raz na jakiś czas i przechodzić przez bramki biletowe po zbliżeniu karty. A najlepsze jest to, że mam aż 50% zniżki na bilecie miesięcznym, czyli jakieś 200 złotych. Od dzisiaj pieniądze nie będą znikać z mojego portfela w tempie shinkansenu. :D Właśnie sobie obliczyłam, że do tej pory dojazd do szkoły i z powrotem kosztował mnie 30 zł. Masakra.
Na zajęciach nie działo się nic a nic ciekawego. No może poza tym, że po zajęciach sensei kazał zostać mi i Toshiko w sali, bo chciał z nami porozmawiać. Trochę się wystraszyłyśmy, ale w końcu chodziło o ankietę, którą wypełniałyśmy w piątek. Było tam pytanie o wrażenia z zajęć i obydwie napisałyśmy, że uczniowie w naszej grupie nie wykazują chęci do nauki. Sensei myślał, że to jest dla nas jakiś duży problem i dlatego chciał z nami porozmawiać. Oczywiście mu wyjaśniłyśmy, że tylko napisałyśmy co myślimy o zajęciach, a nie że to w jakiś sposób nam przeszkadza w nauce. Kurczę, zawsze myślałam, że ankiety wypełnia się bo tak wypada, a nie, że ktoś je później faktycznie czyta i jeszcze przejmuje się tym co jest w nich napisane.
To tyle na dziś. Wracam do oglądania SMAPxSMAP. xP
(A jednak dzień nie był do końca taki zwykły – dziś po raz pierwszy od przyjazdu tutaj nie zrobiłam ani jednego zdjęcia!)

Niedziela, 11.07.2010

Yyy… miałam opisać co dzisiaj robiłam, ale właśnie włączyłam TV i leci jakiś przerażający live action. Jakieś licealistki przemieniające się w super-bohaterki strzelające tęczą i serduszkami. Nie wiem kto coś takiego ogląda. Źli wrogowie jak się zdenerwują to zęby i oczy z ludzkich zmieniają im się na tygrysie. Na szczęście to były dwie ostatnie minuty tego serialu. Chyba więcej bym nie zniosła.
A teraz skrót mojego dnia. O 11 przyjechałam na dworzec Asakusa zgodnie z planem. Umówiłyśmy się przy wyjściu Kaminarimon. Problem pojawił się, kiedy się okazało, że różne linie metra mają wyjścia w różnych miejscach. Po jakichś 20 minutach udało się nam jakoś odnaleźć z wszystkimi dziewczynami. Tłum był tragiczny. Już nigdy więcej nie wybiorę się tam w niedzielę. Kiedy wychodzisz z metra od razu zaczynają do Ciebie się drzeć dziesiątki młodych Japończyków czy nie chcesz, żeby Cię oprowadzili lub przewieźli rikszą. Oczywiście ceny są nastawione na dzianych turystów, więc wiadomo, że nie byłyśmy zainteresowane taką opcją. Jednak najgorzej było kiedy Toshiko poszła sobie coś kupić do picia i ja zostałam na dwie minuty sama. Jakiś rikszarz zaczął ze mną gadać, skąd jestem itp. itd. i po chwili stwierdził, że jestem taka piękna, że zaraz się we mnie zakocha. =.= Na szczęście udało mi się go spławić, ale powiedziałam Toshiko, żeby już mnie nigdy więcej samej nie zostawiała w takich miejscach. :P Potem jeszcze od innego gościa usłyszałyśmy „Hey, angels” i potem był jeszcze jakiś następny natręt. Straszne miejsce. Naprawdę, przez to że to była niedziela tłum był tak wielki, że ledwie dało się chodzić. Robienie zdjęć to była męczarnia. Ale mimo wszystko trochę ich zrobiłyśmy, więc coś tu wrzucę.

Kaminarimon i ja



Tłum na uliczce wiodącej od Kaminarimonu do świątynie Sensouji



Przywieszki do telefonów – wielka miłość Japończyków



Udało nam się zwiedzić świątynię Sensouji, która podobno stoi tu już 1000 lat. Oczywiście odnawiana kilkukrotnie. Nawet teraz jej część była remontowana. Toshiko wytłumaczyła mi, że przed wejściem do świątyni należy się oczyścić poprzez obmycie rąk i napicie się wody ze źródła(?) znajdującego się przed wejściem. Obrząd trochę podobny do naszego żegnania się wodą święconą. Miałam też okazję powdychać trochę uzdrawiającego dymu, bo za taki jest uważany dym powstały z wypalanych kadzideł. A po wejściu do środka wylosowałam sobie japońską wróżbę. To się jakoś nazywa, ale nie mogę sobie akurat teraz przypomnieć. W każdym bądź razie wylosowałam „wielkie szczęście – 大吉”, czyli najlepszą możliwość. Ach żeby tak się sprawdziło wszystko co jest tam napisane. Ale to jeszcze nie koniec tego obrządku. Jeśli wylosowałabym pecha, to wtedy karteczkę z losem należy złożyć i przywiązać do specjalnego stojaka w świątyni, a wtedy los się odmieni.
Poza tym pospacerowałyśmy trochę po okolicy, zobaczyłyśmy dwie mniejsze świątynie, poszłyśmy na most na rzece Sumida, z którego widać budynek „Płomień Złota”. Chyba nie muszę tłumaczyć skąd taka nazwa. ;)



I chwalę się nowymi doświadczeniami kulinarnymi! Dzisiaj pierwszy raz jadłam kruszony lód. Tak tak, taki sam jakiego używamy czasami do drinków. Tutaj się go je tak samo jak lody. Mój był o smaku bananowym. Bardzo dobry, szczególnie jeśli ma się serdecznie dosyć zaduchu i tłoku. A po lodach zjadłyśmy jeszcze taiyaki, czyli ciastka na ciepło w kształcie rybek. Bardzo tutaj popularne. Wcale się nie dziwię, bo są rewelacyjne. W smaku podobne do naszych gofrów, ale w środku mają różne rodzaje nadzienia. Ja sobie wzięłam z kremem brzoskwiniowym. Dobrze, że szybko odeszłyśmy od sklepu, bo w innym wypadku kupiłabym jeszcze ze trzy następne taiyaki. Tata-san mi powiedział, że powinnam w Warszawie założyć sklep sprzedający taiyaki. Może powinnam to rozważyć? :D Produkcja wygląda tak:



Jak już byłyśmy kompletnie zmarnowane tłumem ludzi otaczającym nas ze wszystkich stron stwierdziłyśmy, że zrobimy sobie spacer to Parku Ueno. Ja mieszkam na południowym-zachodzie Tokio, a Asakusa i Ueno są na północnym-wschodzie, dlatego stwierdziłam, że warto upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Był to rewelacyjny pomysł. Park Ueno był chłodny i świecił pustkami jak na tokijskie standardy. Poczułam się trochę jakbym wróciła do Polski. W końcu trochę zieleni, a nie tylko beton, stal i drewno na przemian. Nawet widziałyśmy jeziorko, na którym można udać się na romantyczną randkę w łódce w kształcie łabądka. Czyż ten kraj nie jest słodki? Poza tym w Parku Ueno jest całkiem znane ZOO, do którego mamy zamiar się kiedyś wybrać. Tym razem się nie udało, bo było 40 minut do zamknięcia. W czasie drogi powrotnej na dworzec usłyszałyśmy, że gdzieś w pobliżu jest koncert. Okazało się, że akurat dzisiaj w Ueno był mały festiwal, na który był wstęp wolny. Oczywiście musiałyśmy zobaczyć co się dzieje i weszłyśmy do amfiteatru. Coś w stylu amfiteatru w Parku Sowińskiego. Trafiłyśmy na występ zespołu Kariyushi, którego oczywiście nie znałyśmy, ale bardzo się nam spodobał. Trzech młodych chłopaków, grających na gitarach i instrumencie podobnym do shamisenu, ale inaczej się nazywającym. Jeden z tych gości wyglądał jak aktor, którego widziałam w kilku dramach i przez cały czas się zastanawiałam czy to on czy nie. Ale po powrocie do domu sprawdziłam w Internecie, że to chyba jednak kto inny. Tak czy siak koncert był super. Widownia świetnie się bawiła, zespół dawał z siebie wszystko. Oby udało mi się trafić na więcej eventów w takim stylu.



To będzie tyle na dzisiaj. No może jelcze tylko wspomnę, że dzisiaj w Japonii były wybory do Parlamentu i teraz w telewizji nie ma nic innego tylko rozmowy o nich. Studia z wynikami mają we wszystkich stacjach, może poza dwiema, i wciąż teraz o tym gadają. Co ciekawe wyniki pomiędzy stacjami różniły się jeszcze bardziej niż u nas ostatnio. Niestety kompletnie nie rozumiem systemu wyborczego w tym kraju. Najpierw pojawiły się całe wyniki – po ile stołków ma każda partia, ale potem nagle połowa z tych miejsc zniknęła i wpadła do puli „pozostałe” i teraz powoli z niej wraca do poszczególnych partii. Różnica między dwiema głównymi partiami jest minimalna. I ciągle pokazują jakąś panią i robią z nią wywiady. Czyżby nowym premierem Japonii miała być kobieta? Nie bardzo chce mi się w to uwierzyć. Może jutro coś się wyjaśni. Acha, Japończycy jak się cieszą to naprawdę krzyczą banzai i machają rękami do góry. Chciałabym zobaczyć Komorowskiego wykonującego taki gest. :) Swoją drogą to nawet nie wiem jaka była jego reakcja na wyniki. :(( Czuję się tutaj odcięta od świata.

Soobota - ciąg dalszy

W końcu dostałam się do Internetu i wrzuciłam tutaj wszystkie posty. Mam nadzieję, że będzie się Wam chciało je kiedyś przeczytać. ;)
A teraz czas na moje wrażenia po pierwszym japońskim karaoke w Japonii. Po pierwsze Japończycy w wieku szkolnym i studenckim chyba nie przeżyliby bez karaoke. Poszliśmy ze znajomymi na to karaoke w Ikebukuro w podziemiach jakiegoś sklepu. Japońskie „salony” karaoke to mnóstwo małych i troszkę większych pokoików w których gnieżdżą się dzieciaki chcące sobie trochę pośpiewać. Jako że byliśmy tylko w cztery osoby to trafił nam się chyba możliwie najmniejszy pokoik. Miał on może z 6 metrów kwadratowych powierzchni. Ogromny ekran jest oddalony od Ciebie o jakieś półtora metra. Równie dobrze mogliby używać 21 calowych monitorów, a i tak wszystko byłoby świetnie widać z takiej odległości. Piosenek jest tam nieskończona ilość do wyboru. Każda japońska jaka przyszła mi do głowy była w bazie. Bardzo się ucieszyłam, bo miałam nadzieję, że w końcu pośpiewam na karaoke jakieś obecne hity, ale wszyscy, którzy ze mną przyszli wybierali same stare piosenki, głównie z anime. :(( A piosenki, które ja wybierałam okazały się zbyt trudne do śpiewania. Przynajmniej jak na pierwszy raz. A poza tym nikt poza mną ich nie znał. Przed następnym karaoke muszę się lepiej przygotować i wybrać sobie zawczasu piosenki, w których nie będzie rapu. Była też jedna obłędnie głupia opcja. A mianowicie po zakończeniu piosenki pojawiał się komunikat ile spaliło się kalorii podczas śpiewu. Np. 4,5 albo 9,3. Po prostu nie wiedzieli już co zrobić chyba. Czasami Japończycy mnie załamują.
Po karaoke poszliśmy na chwilę do centrum handlowego. Nigdy więcej nie chcę tam wracać. :P Nigdy nie przepadałam za chodzeniem na zakupy, ale to co się dzieje tutaj przechodzi ludzkie pojęcie. Przypomnijcie sobie jak wygląda Arkadia na dwa dni przed Bożym Narodzeniem i pomnóżcie to przez dwa. Tak wygląda przeciętna sobota w przeciętnym centrum handlowym w Tokio. Ja nie rozumiem po co oni wszyscy tam przychodzą. Hałas i tłok są wręcz odpychające. Szybko się stamtąd ewakuowaliśmy i poszliśmy do księgarni, bo sobie wymyśliłam, że już czas najwyższy, żeby kupić moją pierwszą japońską książkę. Oto i ona:



Murakami Haruki – 1Q84. Jeszcze minie sporo czasu zanim ta książka będzie przetłumaczona, więc uznałam, że warto samej się z nią zmierzyć. Postanowiłam, że będę czytać 1-2 strony dziennie. Dzisiaj wykonałam ten plan. Ciekawe czy jutro też mi się uda. Nie jest łatwo, ale powalczę. Najgorsze jest to, że to dopiero pierwszy tom z trzech. Jeśli mój japoński nie ulegnie drastycznej poprawie to czytanie go zajmie mi ponad rok. ;(( Ale za to jak już mi się uda przeczytać to będę przeszczęśliwa.
Po księgarni poszliśmy do restauracji, żeby trochę odsapnąć i pogadać. Zamówiłam sobie galaretkę z zielonej herbaty. Pycha! Polecam osobom, które tak jak ja nie przepadają za bardzo słodkim jedzeniem. Ogólnie dzisiaj jadłam same dobre rzeczy. Na lunch miałam okazję zjeść takoyaki. Zdjęcie poniżej, ale i tak nie za bardzo widać co na nim jest. Tako to ośmiornica, a Yaku znaczy po japońsku smażyć. Takoyaki to smażona ośmiornica innymi słowy. Wiem, że się już oblizujecie i mi zazdrościcie, że mam okazję jeść takie przysmaki. :PP



A na kolację miałam hiyashi chuuka, czyli zimny makaron w specjalnym sosie ze świeżym ogórkiem i pomidorem. Też pycha, tylko jedzenie długiego i cienkiego makaronu pałeczkami zajmuje mi wieki. Mama-san mówi, że do wyjazdu na pewno nauczę się jeść pałeczkami równie szybko jak oni potrafią. Oby miała rację…
Na dzisiaj tyle. Zrobiła się pierwsza, a jutro rano pobudka i potem wycieczka do Asakusy. Słyszałam, że ma być kiepska pogoda, ale i tak postaram się zrobić jakieś zdjęcia i tu je wrzucić.

sobota, 10 lipca 2010

Sobota, 10.07.2010

Uwaga, uwaga! Dzisiaj mija mój pierwszy tydzień w Tokio. Przeżyłam. W sumie myślałam, że będzie gorzej. Największe pozytywne zaskoczenie to chyba koleżanki w mojej szkole. Serio, nie spodziewałam się, że tak szybko będę się tutaj z kimś spotykać po zajęciach, a tu taka miła niespodzianka, że praktycznie codziennie widzimy się przed zajęciami lub po nich. A jutro się umówiłyśmy w piątkę na zwiedzanie dzielnicy Asakusa. To podobno taki tokijski odpowiednik naszej starówki. Może być ciekawie.
Za dwie godziny idę na karaoke. Teraz mam chwilkę czasu, więc zgodnie z requestem przybliżę teraz nieco sylwetki mojej tutejszej rodziny:
1.Yoshiko-san, która na tym blogu występuje pod nickiem Mama-san. :) 55-letnia bardzo sympatyczna pani. Chciałoby się napisać gospodyni domowa, ale Yoshiko-san pracuje na pół etatu. Japońskie pół etatu poważnie się różni się nieco od naszego. Yoshiko-san pracuje po 6-7h dziennie, cztery dni w tygodniu. Ja bym to nazwała 3/4 etatu raczej. A pracuje na poczcie. Poza tym na jej głowie są wszystkie obowiązki domowe: pranie, sprzątanie, gotowanie, zakupy… Jeszcze nie widziałam, żeby ktokolwiek po za nią zbliżył się na 5 cm do zlewu. Trochę mi jej żal. Szczególnie, że ja jestem już piątą studentką mieszkającą u nich w domu i Yoshiko-san dobrze wie, że Japonki mają o wiele gorzej niż ludzie z Zachodu.
2.Yukio-san, czyli tutaj Tata-san. Przezabawny człowiek. Opowiada takie historie, że padamy ze śmiechu. Ma własny warsztat stolarski, który prowadzi ze swoim bratem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ma 60 lat i strasznie narzeka na bóle w krzyżu. Uważa, że leki to zło i chodzi codziennie na akupunkturę. Podobno działa świetnie. Jakby tak było to nie musiałby na nią chodzić tyle czasu. :P Bardzo dużo opowiada o japońskim jedzeniu i zawsze się strasznie cieszy kiedy czegoś nie znam. I wciąż czeka na dzień, kiedy trafi się jakaś potrawa, której nie będę mogła zjeść. Póki co jem wszystko. Oni ogólnie mogliby cały dzień gadać o jedzeniu i niczym innym.
3.Tomo-chan i Mai-chan, czyli dwie córki Tomoko i Maiko. Są mniej więcej w moim wieku. Jedna pracuje w żłobku a druga w przedszkolu. Japońskie przedszkolaki potrafią pisać. Ciekawe jak jest z naszymi. Ostatnio jak byliśmy z Bartkiem w muzeum Chopina i zobaczyliśmy jego pierwszą laurkę dla taty to opadły nam szczęki. Żeby sześciolatek potrafił tak pięknie kaligrafować?! Nasze społeczeństwo się cofa w rozwoju chyba. Z dziewczynami w zasadzie prawie się nie widuję, bo rano wychodzą do pracy i wracają dopiero wieczorem, ale powoli nawiązuję z nimi jakiś kontakt.
Jak widzicie to taka typowa japońska rodzina. Cieszę się, że do takiej udało mi się trafić. Gdyby jeszcze był Internet i nie było godziny policyjnej to byłabym w japońskim niebie. No i oczywiście gdybyście Wy mogli tu być ze mną, Kochani!

Piątek, 9.07.2010

Dzisiaj miałam okazję spędzić trochę czasu w Internecie. Dzięki Wszystkim za maile i wiadomości. Postaram się pisać na blogu o tym o co mnie prosicie. Chyba najbardziej brakuje mi facebooka. ^^” Ach, chciałabym zobaczyć jakieś Wasze zdjęcia albo statusy… Jest szansa, że jutro będę miała dostęp do Internetu, więc w końcu uda mi się wrzucić wszystkie nagromadzone posty. W końcu.
Przed zajęciami po raz pierwszy w życiu wybrałam się do konbini, czyli z angielska convenience store, żeby sobie kupić coś małego na lunch. Sklep wyglądał dokładnie tak jak się spodziewałam. Wzdłuż jednej ściany były stojaki z czasopismami, poza tym różne zimne napoje, słodycze, gorące kubki itd. itp. Najciekawsza była półka z alkoholem, gdzie widziałam sławne sake w szklankach z wieczkiem. Zdjęcie poniżej (górna półka).



A teraz przejdźmy do zajęć. Pan Nishimura okazał się być typowym japońskim nauczycielem. Strasznie dużo gada, mało pyta, ale ogólnie robi dość przyjemne wrażenie. Taki miły grubasek. To co mi się w nim podoba to fakt, że pisze na tablicy bardzo dużo nowych słów. I je dokładnie wyjaśnia. Może trochę wolno będziemy iść z nim z materiałem, ale przynajmniej rozbudujemy sobie słownictwo. To była pierwsza połowa zajęć. Schody zaczynają się w drugiej połowie, po jest to czas na sakubun, czyli wypracowanie. Siedzimy przez dwie godziny w Sali i piszemy wypracowanie na dany temat. Najpierw na brudno, później musimy przepisać to na specjalny papier na czysto. Czuję się trochę jakbym wróciła do podstawówki.
A propos podstawówki to stwierdziłyśmy z Toshiko, że Japończycy są przeraźliwie dziecinni. Pani, która ma zajęcia z nami we wtorki i czwartki używa pieczątek z ocenami w kształcie kwiatków. Jest to słodkie, ale trochę nie na miejscu dla dorosłych uczniów. Aczkolwiek szkołę przebijają znaki drogowe, np. widziałam drogowskaz do najbliższego posterunku policji, na którym był narysowany jakiś piesek albo misio. Nie wiem komu policja się kojarzy ze zwierzątkami. Mi na pewno nie. A drogowskazy z kolei przebija telewizja. I telewizji już nic nie jest w stanie pokonać. W połowie programów o niczym mamy wątpliwą przyjemność słuchać piskliwego głosiku, którym u nas mówi się do dzieci poniżej trzeciego roku życia. I do tego jeszcze wszędzie wyskakujące animacje różnych zwierzątek i wielkie napisy we wszystkich kolorach tęczy. Nie wiem z czego to się bierze.

Wróćmy do zajęć. Dzisiaj mieliśmy do wyboru dwa tematy:
1. Opisz najstraszniejszy sen, jaki w życiu miałeś.
2. Gdyby istniało lekarstwo zapewniające nieśmiertelność, wypiłbyś je czy nie?
Ja oczywiście wybrałam temat nr 2, bo koszmary rzadko kiedy miewam, a jeszcze rzadziej jestem w stanie je zapamiętać. Trzeba było napisać pracę na mniej więcej 1,5 strony. Trochę sporo, ale jakoś mi się udało. Napisałam, że nie wypiłabym tego lekarstwa, bo wtedy nie mogłabym żyć z wszystkimi bliskimi mi osobami. Tak w skrócie. :) A Wy byście wypili. O kurczę, właśnie sobie zdałam sprawę, że przecież po polsku się lekarstw nie pije tylko je zażywa!! Muszę więcej trenować mój język ojczysty, bo niedługo zacznę mieć z nim poważne problemy. Na szczęście jutro znowu widzę się z Karoliną, więc będę miała okazję do pogadania po polsku. Umówiłyśmy się na karaoke. Będzie tam jeszcze Sayori. Japonka, którą poznałam dwa lata temu, kiedy przyjechała do Warszawy na wymianę. Ona też pewnie będzie chciała poćwiczyć jej język polski. Ciekawe czy dużo jeszcze pamięta. Hmm… moje pierwsze karaoke w Japonii… Ciekawe jak wyjdzie. Mam tyle piosenek, które uwielbiam, ale boję się, że żadnej z nich nie potrafię zaśpiewać jak należy. No nic, jutro się o tym przekonam.
Wieczorem miałam okazję obejrzeć w telewizji jeden z moich ulubionych japońskich programów – Music Station. Zrobiłam wrażenie na rodzinie, kiedy się okazało, że znam ponad połowę występujących artystów. Jak łatwo się domyślić po nazwie jest to program muzyczny. Co tydzień zapraszają 6 czy 7 wykonawców robią z nimi krótkie rozmowy i każdy śpiewa jakąś swoją popularną w danym momencie piosenkę. Tym razem gośćmi byli Arashi (^_^), Koda Kumi (piosenka Lolipop to jakaś totalna tragedia) , VAMPS, TUBE (ich akurat nie znam) i taka dziewczyna, której imienia nie pamiętam, ale jest teraz super popularna i pewnie za dwa miesiące nikt już nie będzie o niej pamiętał. Tutaj takich gwiazdeczek jest tutaj pełno. Dzisiaj pogadałam trochę o muzyce z mamą i Tomoko (starszą córką). Dowiedziałam się, że żeby pójść na koncert SMAP (goście którzy kompletnie nie potrafią śpiewać, ale są tutaj ubóstwiani) trzeba po pierwsze być w fanklubie, a po drugie trzeba wygrać w loterii. Nie można po prostu od razu kupić sobie biletu. Chore. Zważywszy na to, że ich koncerty są w ogromnych salach i tysiące ludzi na nie mogą przyjść i przychodzą. Ja chyba jednak wolałabym zobaczyć koncert Arashi.
A jak już mowa o Arashi to napiszę coś o japońskich reklamach. Po pierwsze reklamuje się tu kompletnie wszystko. Od telefonów przez miliony środków czystości, 500 rodzajów wody, płyty CD, yukaty po ubezpieczenia na raka. A jaki ma to związek z Arashi? Taki, że Arashi i Kimura Takuya pojawiają się w reklamach najczęściej. Zarówno w telewizji jak i na plakatach. Ogólnie w tym kraju jak jesteś aktorem to z automatu występujesz w reklamach. Dzięki mojej szerokiej znajomości japońskich dram, w prawie każdej japońskiej reklamie trafiam na jakąś znajomą twarz. Jest to dla mnie ciekawe, bo w Polsce niewielu aktorów decyduje się na „sprzedanie się” jakiejś marce. Tutaj Kimura na automacie z napojami:



Kimura na dobranoc. ^.^ U mnie północ już jest, ale jak wszystko pójdzie po mojej myśli to wrzucę tego posta jutro wieczorem. Nie wiem nawet czy komentujecie moje wypociny. Ale jutro się przekonam!
Tym razem się za bardzo rozpisałam, więc nie wspomniałam jeszcze o rzeczach, o które mnie prosiliście. Obiecuję poprawę wkrótce!!

Czwartek, 08.07.2010

Dzisiaj przed zajęciami z nikim się nie umówiłam, więc mogłam sobie pospacerować po okolicy. W końcu udało mi się zgubić w Tokio!! Przez jakieś pół godziny kręciłam się po okolicy kompletnie nie wiedząc w jakim kierunku zmierzam. Ostatecznie dotarłam pod Uniwersytet Meiji. Bez sieci nie jestem w stanie sprawdzić żadnych danych na jego temat, ale wydaje mi się, że to jeden z większych uniwersytetów w Tokio. Jego ogrom mnie kompletnie przytłoczył. Mam nadzieję, że oni mają w jednym kampusie wszystkie wydziały, bo jeśli nie to zacznę twierdzić, że UW to jakaś szkółka niedzielna w wiejskiej parafii. Serio, widziałam tylko jeden budynek, chyba największy z całego kompleksu, ale aż ciężko jest uwierzyć, że taki wieżowiec może być uczelnią.

Zajęcia były dziś lekko nudnawe, bo uczyliśmy się głównie gramatyki. Jutro poznam nowego, już ostatniego, nauczyciela. Pan Nishimura bodajże. Z nim będę miała zajęcia aż 4 razy w tygodniu, bo będzie też uczył mnie znaków. Miałam wyniki testu i trafiłam do tej samej grupy z moimi trzema koleżankami. Bardzo się z tego cieszę, bo się świetnie dogadujemy. W niedziele wybieramy się zwiedzić Asakusę. Oby była znośna pogoda. Ponad nami będą tylko dwa poziomy, więc jestem z siebie zadowolona. Tylko teraz pytanie jak będą wyglądały same w sobie zajęcia. Podobno są trochę nudnawe. No ale przekonam się o tym na własnej skórze dopiero we wtorek.

A po zajęciach spotkałam się z Karoliną i pojechałyśmy do Akihabary, żeby kupić sobie denshi jisho – słowniki elektroniczne. Słyszałam, że takie przeciętne kosztują ponad dwa many (20.000 jenów). W przeliczeniu na nasze 800 zł. W pierwszym sklepie do jakiego trafiłyśmy ceny oscylowały wokół 3,5 mana. Lekko się przestraszyłyśmy. Po dość niedługim czasie trafiłyśmy do sklepu, który ja w pierwszej chwili wzięłam za malutki. Po zakupie jak się rozejrzałam okazało się, że sklep jest bardzo wąski, ale za to dłuuugi. Ale wróćmy do słowników. Ten co nas interesował, a tak naprawdę chodziło o jedną funkcję – możliwość pisania rysikiem znaków na touchpadzie – kosztował dwa many. Przemiły pan sprzedawca (nie wiem jak ja wrócę do polskiej rzeczywistości) spytał się co robimy i jak się dowiedział, że uczymy się japońskiego to dał nam zniżkę studencką. Jak się chciałam dowiedzieć czy mamy jakiś dokument potwierdzający, że jesteśmy studentkami to stwierdził, że nam ufa i nic nie musimy pokazywać. W końcu słownik mnie kosztował 17.000 jenów. A liczba jego funkcji jest chyba nieskończona. Poza zwykłym słownikiem jest np. japońska encyklopedia, parę programów do nauki angielskiego, mnóstwo programów do nauki znaków, jakieś wiadomości o potrawach z różnych krajów i inne tego typu atrakcje. Pewnie w życiu nie użyję większości z tych opcji.

Kurczę, jestem tutaj niecały tydzień, a tęsknię za Wami wszystkimi jakbyśmy się z rok nie widzieli. Dzięki wielkie za maile, staram się na nie odpisywać najszybciej jak mogę. Dobrze jest wiedzieć co z Wami się dzieje. Jak jakimś cudem uzyskam dostęp do Internetu to będę więcej pisać i w końcu będę mogła używać Skype’a. Przez ostatnie dwa dni nie widziałam sieciuni na oczy i już czuję się jak na jakimś detoksie.

O, już zrobiło się grubo po północy. A miałam plan, żeby się dzisiaj wcześnie położyć spać. ^^” Kończę!

Środa, 7.07.2010

Uznałam, że lepiej będzie pisać Dady w nazwach postów, bo sama już się w nich gubię jak nie mogę ich uploadować. =_=
Dzisiaj przed zajęciami poszłam na lunch z koleżankami z grupy. W okolicy naszej szkoły mamy całe mnóstwo małych barów/restauracji, ale niestety o 12 większość salarimanów wychodzi coś zjeść. Więc trochę czasu zajęło nam znalezienie miejsca, w którym nie musiałyśmy czekać zbyt długo. Powiem Wam, że wybieranie potraw z menu, którego mniej więcej 3/4 się nie rozumie to całkiem zabawne doświadczenie. Byłyśmy we cztery i tylko jedna z nas trafiła na coś co jej nie smakowało. Można więc uznać lunch za sukces. Później trochę pospacerowałyśmy i nawet udało się nam znaleźć mini park. To co najbardziej mi się nie podoba w Tokio to pogoda, brak zieleni i miejsc do siedzenia na powietrzu. Każdy wolny metr kwadratowy jest tutaj zabudowany. Aż chce się wyjechać z miasta na weekend. Japońscy rodzice już mi polecili dwa miejsca, w które warto się wybrać na jeden dzień. Może się wkrótce gdzieś wybiorę…
W szkole mieliśmy dziś zajęcia z nową nauczycielką. Wygląda na to, że będę miała trzech nauczycieli w tej grupie i jeszcze kogoś na zajęciach ze znaków. Pewnie już wspominałam, że zajęcia mam w dwóch grupach – ogólnej i od znaków. Dzisiaj pisałam test poziomujący. Ciekawe do jakiej grupy kanji się dostanę… Dobrze by było gdybym była razem z moją koleżanką z ławki – Toshiko. Pół Niemka pół Japonka skrzypaczka. I do tego przesympatyczna. Szkoda, że będzie tylko przez miesiąc na kursie. Tutaj nasze zdjęcie:



Nasza nowa nauczycielka w pierwszej chwili wydawała się trochę straszna. Starsza pani z poważną miną. Ale na szczęście okazało się, że jest świetna. Trochę szybko mówi i używa trudnego słownictwa, aczkolwiek większość jestem w stanie zrozumieć. W środy będziemy mieć zajęcia z szybkiego czytania, czyli po japońsku – soku doku i speaking.
A teraz siedzę i oglądam nowy sezon jednej z moich ulubionych dram! Hotaru no Hikari 2. Dla takich wieczorów tu przyjechałam. :) Polecam wszystkim oglądającym. ;) Kończę już. Ta drama mnie zabija!

Oh, happy day!

Dzisiejszy dzień, chyba był póki co najbardziej dla mnie udany od czasu przyjazdu. Przede wszystkim dlatego, że kupiłam japoński telefon. Nie wiedziałam, że życie bez komórki jest aż tak trudne. Przed wyjazdem zakładałam, że kupię ją po jakichś dwóch tygodniach od przyjazdu. Ale zakładałam, że będę miała Internet. Nadal go nie mam, ale za to komórka ratuje mi życie. Jej główną zaletą jest to, że mam nieograniczoną liczbę maili do wysłania, więc każdy kto ma do mnie jakąś sprawą może pisać na adres: martes.chan@softbank.ne.jp Samo kupowanie na początku zapowiadało się mało ciekawie, bo w dwóch sklepach, w których byłyśmy z Karoliną powiedzieli, że nie mają pre-paidów. Na szczęście w sklepie blisko Karoliny domu udało się dopaść telefon dla mnie. A do tego pan sprzedawca był tak przemiłym człowiekiem, że od razu wszystko mi poustawiał i jeszcze chwalił mój japoński. :P A w tle leciała płyta jednego z moich ulubionych japońskich zespołów – GReeeeN.

Powiem Wam, że do tej pory oburzałam się czemu wszyscy Japończycy w metrze wciąż bawią się komórkami. Już mnie to kompletnie nie dziwi.^^” ale to pewnie dlatego, że wciąż odczuwam bardzo poważny niedobór Internetu w moim życiu japońskim.
Teraz przejdźmy to tematu zasadniczego, czyli szkoły. W końcu zaczęły się zajęcia. Krótko mówiąc jestem nimi zachwycona. Aczkolwiek trzeba się naprawdę bardzo postarać, żeby mi się nie podobały zajęcia z jakiegokolwiek języka obcego. W mojej grupie mniej więcej połowa z 13 uczniów jest z Azji, głównie z Korei Płd. Na szczęście moje wczorajsze obawy się nie spełniły i nie mam grupy pełnej Amerykanów, Francuzów i Rosjan. Poza tym nie pamiętam czy pisałam o tym w poprzednim poście, ale wczoraj musieliśmy podpisać cyrograf, którego pierwszym punktem było przyrzeczenie, że na terenie szkoły nie będzie się używało żadnego innego języka poza japońskim. Szczerze mówiąc byłam pewna, że to jest kompletnie niemożliwe, ale jednak się da. Siedzę w ławce z pół Japonką pół Niemką i gadamy tylko i wyłącznie po japońsku. A jutro umówiłyśmy się na wspólny lunch jeszcze z dwiema Koreankami. Ciekawe gdzie pójdziemy… Poziom mojej grupy to średniozaawansowany-wyższy. Wygląda na to, że w szkole są trzy poziomy średniozaawansowane, a ten mój jest z nich najwyższy. Odpowiada mi to idealnie, bo przygotowuje mnie do egzaminu, który mam zamiar pisać w grudniu. Ciekawe ile się nauczę w czasie kursu. Dzisiaj mieliśmy super nauczycielkę. Znała część uczniów, bo tylko połowa z nas jest nowa w tej szkole. I na przerwie pokazywała jednemu gościowi, których wspólnych znajomych mają na facebooku. A babka jest tak konkretnie po pięćdziesiątce. Oby więcej takich nauczycieli. Jutro będzie kto inny. Mam nadzieję, że też mi się spodoba.

Obiad był dzisiaj w zachodnim stylu. Wszystko co miałam na talerzu jadam w Polsce. Pierwszy taki posiłek od kiedy tu jestem. A był to kotlet mielony, nie wiadomo czemu nazywany po japońsku hamburgerem, sałatka z kiełków i papryki, sałata lodowa, brokuły i jajko na twardo. Ale żeby nie było za prosto – zjadłam to wszystko pałeczkami! :D Okazało się, że jednak źle je trzymam. -_- Nie wiem czy się kiedykolwiek nauczę jeść nimi prawidłowo. Mimo problemów byłam twarda i nie poprosiłam o sztućce. Na deser miałam okazję zjeść japoński chleb smakowy. Co jak co, ale to im się udało. Widziałam kiedyś w jednym programie o Kyoto sklep z takim pieczywem i myślałam, że Japończycy już kompletnie upadli na głowę. A tu kolejne zaskoczenie! W rzeczywistości to jest coś pomiędzy naszym chlebem pszennym a ciastem drożdżowym. Były trzy smaki do wyboru: jagodowy, zielona herbata i z rodzynkami. Ja zjadłam ten pierwszy – pychota. Muszę kiedyś spróbować innych.
To chyba tyle na dzisiaj. Może jutro uda mi się to wrzucić…

Electric Town

Na orientation nie dowiedziałam się niestety niczego nowego, ale za to całkiem fajny pan jest naszym opiekunem os spraw związanych z home stay’em. Jego angielski jest wprost zabójczy. Nawet nie jestem w stanie przytoczyć to żadnego z jego tekstów. Czyli było wesoło, ale mało rzeczowo. Usłyszeliśmy kilka obłędnych zasad w stylu: nie możecie omijać zajęć, bo chcecie spędzić dzień w Shibui. Tudzież pierwszy punkt na liście zakazów: Japonia nie jest wcale takim bezpiecznym krajem za jaki go uważacie, więc musicie przestrzegać poniższych reguł, żeby nic się wam nie stało. A z poważnych rzeczy to wygląda na to, że Japończycy przykładają Wielą wagę do obecności na zajęciach. Żeby dostać certyfikat potwierdzający odbycie kursu, trzeba mieć przynajmniej 85% obecności. A obecność jest sprawdzana na każdych zajęciach, czyli trzy razy dziennie. Ale jeszcze ciekawsza jest zasada, że jeśli osoba, która wybrała home stay, będzie wyrzucona z domu jeśli jej obecność spadnie poniżej 80%. Mama-san nic o tym nie słyszała, ale pewnie i tak musiałaby się zastosować do tych przepisów, jakbym nie chodziła na zajęcia. Podobno do tej pory nie było takich surowych reguł, no ale nic na to nie poradzę. Ja i tak mam zamiar mieć 100% obecności, więc nie mam co się przejmować. ;)
Po szkole postanowiłam, że przejdę się do Akihabary, czyli tzw. Electric Town. Jest tam pełno sklepów z wszelkim możliwym sprzętem elektronicznym i drugie tyle sklepów z grami komputerowymi, figurkami postaci z anime, dziwnymi strojami dla dziwnych ludzi. Mówię tu o tak zwanych otaku, których miałam nadzieję sporo zobaczyć. Chłopcy w wielkich okularach, dziwnych czapeczkach i kolorowych bluzach. Ale coś ciężko mi było się ich doszukać. :( Może jak pójdę tam następnym razem to lepiej mi pójdzie. Jeżeli chcecie kupić jakiś telefon/TV/komputer/konsolę do gier to tutaj je z pewnością znajdziecie. Co ciekawe widziałam tutaj znacznie więcej białych ludzi niż w modnej Shibui. Ciekawe z czego to wynika…



Udało mi się znaleźć znowu darmową sieciunię i wrzucić dwa posty. Z moich nowych obserwacji na temat Tokio: ciężko jest tu znaleźć miejsce, żeby usiąść na dworze. W Akihabarze znalezienie takiego miejsca zajęło mi 30 minut. Ale za to jak już je znalazłam to tak mi się spodobało, że siedziałam, aż do czasu, kiedy wiedziałam, że muszę wrócić na obiad do domu.



Sympatycznie, nieprawdaż? (Te świecące kule zmieniają powoli kolor.)
A na obiad miałam dzisiaj mięso! Ryby brak! Za to była długo wyczekiwana ośmiornica. :P Bardzo dobra, tylko trochę trudno się ją gryzie. Był też makaron i kapusta pekińska. Poczułam się jak w domu. :) I w końcu poznałam starszą córkę. Jednak są dwie córki, a nie syn i córka. No ale trudno się mówi. :P Nie można mieć przecież wszystkiego. Całkiem nieźle mi się dzisiaj gadało z japońskimi rodzicami. Powoli się zaczynam przyzwyczajać do życia tutaj. Nawet w pociągach już nie patrzę się bez przerwy na rozkład i nie odliczam minut do mojej stacji. Za tydzień będę pewnie tak jak wszyscy spać w metrze. Moje pierwsze przerażenie wielkością tego miasta powoli znika.
Po obiedzie miałam okazję w końcu obejrzeć dramę w japońskiej telewizji. Jak wiecie jestem dramowym maniakiem, więc rozumiecie jak ważne jest to dla mnie wydarzenie. I jeszcze się tak szczęśliwie złożyło, że był to ostatni odcinek dramy z moim ukochanym aktorem – Kimurą Takuyą! Co prawda muszę przyznać, że jest to jedna ze słabszych jego dram, ale ostatni odcinek trochę zadośćuczynił dotychczasowej nudzie i przewidywalności. Co więcej, koniec mnie kompletnie zaskoczył! Skończyło się dokładnie tak jak chciałam, mimo że typowy dramowy pattern wskazywał na inne zakończenie. Ale może darujmy sobie już temat dram, bo przecież większości z Was to za bardzo nie obchodzi. :P
Jutro umówiłam się z Karoliną i mam zamiar kupić sobie japońską komórkę. Oby mi się to udało. Wtedy najprawdopodobniej będę mogła z Wami mailować.
A z organizacyjnych spraw to okazało się, że będę miała zajęcia od 13:30 do 17, czyli w Polsce od 6:30 do 10:00. Niestety problem Internetu wciąż mam nierozwiązany, ale liczę na jutrzejszy zakup komórki.

poniedziałek, 5 lipca 2010

Tesuto

Tesuto (czyt. testo) – czyli po japońsku test. Właśnie go napisałam. Składał się z trzech części. Najpierw podstawowa. Bardzo podobna do tej, którą mi przysłali mailem, więc poszło bez problemów. Schody zaczęły się na poziomie zaawansowanym. Pierwsza czytanka była w porządku, ale w drugiej nie byłam w stanie zrozumieć ani jednego zdania w całości. Z części gramatyczniej zrobiłam dwie trzecie, ale nie jestem pewna czy wszystko napisałam poprawnie. Przynajmniej mam teraz pewność, że nie zabraknie dla mnie grupy. :P

Później miałam krótki interview. Sama nie wiem jak mi poszło. Wydaje mi się, że nie tak źle, ale jakoś mało pytań mi zadali, więc nie wiem jak mam to rozumieć.
Uczniowie mojej szkoły praktycznie wszyscy są biali. Dziwne, bo ponad połowa ludzi uczących się japońskiego to Chińczycy i Koreańczycy. Najwidoczniej nasza szkoła nie jest wśród nich zbyt popularna. Kiedy weszłam do Sali, gdzie pisaliśmy test siedziały tam same dziewczyny i jeden jedyny rodzynek. Później proporce się nieco wyrównały, ale nadal dziewczyny stanowią większość. Jest nawet jedna Polka, ale jeszcze nie miałam okazji z nią porozmawiać. Powiem Wam szczerze, że już tęsknię za językiem polskim. Kompletnie się tego nie spodziewałam, ale brakuje mi naszego języka.

Na teście najwięcej było Amerykanów, Francuzów i Rosjan. Już mi się to nie podoba. Na szczęście większość Amerykanów jest na poziomie początkującym, więc może nie będę miała z nimi zbyt dużej styczności. Ach te moje uprzedzenia. :P Ciekawe z kim trafię do grupy i na jakim poziomie.

Za 15 minut zacznie się orientation i mam nadzieję, że dowiem się czegoś o komórkach i biletach, bo nadal nie do końca to wszystko ogarniam.

Dzisiaj rano po raz pierwszy miałam przyjemność jechania sławnym tokijskim metrem w godzinach szczytu. Cóż mogę powiedzieć? Lekko się zawiodłam. W pewnym momencie pojawiły się nawet wolne miejsca siedzące. A mama mnie straszyła, że tak strasznie trudno jest się tam wepchać i z trudem się stoi wewnątrz, ale szczerze mówiąc to nasze metro jest znacznie bardziej zapełnione niż ich. Możemy być z siebie dumni.
Moja pierwsza niedziela dobiega powoli końca. Co prawda jest dopiero siódma wieczorem, ale za oknem jest już ciemno. Trochę żal, że dzień się tak szybko kończy, ale nic na to nie poradzę. I tak o tej porze mam obiad i muszę być w domu.
Dzisiaj wybrałam się do polskiej ambasady, aby wziąć udział w wyborach. Niestety nie udało mi się umówić z Karoliną, ponieważ mój dostęp do Internetu jest wciąż mocno ograniczony. Do ambasady poszłam razem z mamą, więc udało nam się dotrzeć bez większych problemów. Po głosowaniu postanowiłam, że wybiorę się na spacer po okolicy. Najpierw przesiedziałam z godzinę w parku przy stacji Ebisu, bo jakimś cudem udało mi się połączyć z siecią za darmo. Sami rozumiecie, że musiałam wykorzystać taką okazję. Jednak nie potrafię żyć bez Internetu. :((
Z Ebisu pojechałam do Shibui. Shibuya to jedna z najbardziej lanserskich dzielnic Tokio. To to miejsce, które zawsze się pojawia w filmach, których akcja dzieje się w Japonii. ;) Ogromne telewizory, billboardy i niewyobrażalna liczba ludzi. W tym sporo białych.



Nawet jakbym miała jakąś wybraną trasę pewnie nie udałoby mi się po niej iść z powodu tego tłumu. Ale ja postanowiłam iść na żywioł, mając nadzieję, że uda mi się dojść do Parku Yoyogi na azymut. W trakcie spaceru podszedł do mnie jakiś chłopak i spytał się czy razem się nie przejdziemy. Ale się przeraziłam! Na szczęście nie był to żaden zboczeniec, tylko normalny gość. O dziwo miał spore pojęcie o Europie. Znał nawet Dudka. W odróżnieniu od mojej host family. :P Poszliśmy więc do Parku Yoyogi – taki trochę nasz Powsin, ludzie grają w piłkę, trochę muzykują i ogólnie wypoczywają. Niestety pogoda była średnia, później nawet trochę pokropiło, więc zdjęcia nie są zbyt zachwycające. Tak to wygląda:



Potem poszliśmy zobaczyć sławny (podobno) chram Meiji Jinguu. O Tyle o ile w Shibui nie dało się zobaczyć metra kwadratowego bez ludzi na nim, o tyle w okolicy chramu było puściuteńko. Plątało się kilku turystów (nawet udało mi się usłyszeć język polski), ale Japończyków widziałam może ze dwóch. Tak jak czytałam, wśród Japończyków religia nie jest zbyt popularna. Spacerujący ze mną Seishiro też nie wszedł do środka, bo mówi, że ateistą.

Kiedy wracaliśmy z chramu zaczęło trochę padać. Cudowna odmiana, bo zaduch panujący w mieście jest przerażający. Nie dziwię się, że każdy ma w domu klimatyzację, skoro po otwarciu okna zamiast się przewietrzyć robi się jeszcze duszniej. Do domu wracałam z dworca Harajuku, ale nie miałam już czasu, żeby przejść się po okolicy i pooglądać sławne na całym świecie Harajuku Girls. Czuje, że to będzie dość ciężkie przeżycie, bo jak dla mnie to już Shibuya jest nienormalna.

***

Piszę teraz już po obiedzie. Uwaga, uwaga dla osób, które wiedzą co nieco o kuchni japońskiej – jadłam dzisiaj ootoro! Dla osób mniej zorientowanych, to jest najdroższy i najlepszej jakości rodzaj tuńczyka. Rodzaj to nie jest zbyt odpowiednie słowo, bo chodzi tu o część tuńczyka z której jest to mięso, a nie o jakiś konkretny gatunek. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie mam sieci, więc nie mogę tego sprawdzić. Grr, naprawdę bez Internetu jestem czasami kompletnie bezradna. A wracając do obiadu, było jeszcze kilka innych rzeczy, których nazw niestety nie jestem w stanie spamiętać. Chyba muszę nauczyć się angielskich nazw ryb, bo tata cały czas używa japońsko-angielskiego słownika elektronicznego, żeby mi wytłumaczyć co jem. Ale mi to nic nie daje niestety. :P
Jest teraz 21:22 a ja padam z nóg. Aż się boję pomyśleć co będzie kiedy zaczną mi się zajęcia. Może to wciąż jet-lag? Sama nie wiem… Napisałabym Wam „trzymajcie kciuki za mój jutrzejszy test poziomujący”, ale oczywiście nie ma to sensu, bo Internetu wciąż brak. Muszę koniecznie coś z tym zrobić. Teraz kończę, bo jutro chcę wyjść z domu o 8 rano, żeby się nie spóźnić na mój Orientation Day. Zakładam, że podróż zajmie mi dwa razy więcej czasu niż normalnie, bo po raz pierwszy zderzę się ze zjawiskiem godzin szczytu w Tokio. Trochę się boję czy w ogóle uda mi się wsiąść do pociągu i potem z niego wysiąść, ale będę walczyć jak lwica.;)