piątek, 3 września 2010

お久しぶり

Ohisashiburi, czyli kopę lat. Wybaczcie, że tyle czasu nic to nie pisałam, ale ostatnie trzy tygodnie były dość intensywne i nie bardzo miałam czas i siły, żeby tutaj pisać co się i mnie dzieje. Dzisiaj mam zamiar w skrócie telegraficznym wypisać co mniej więcej porabiałam od połowy sierpnia do dziś. Będzie to naprawdę bardzo skrótowe, więc resztę opowiem Wam po powrocie do Polski. Już niecałe trzy tygodnie tylko mi zostały. Czas jeszcze nigdy w życiu nie biegł tak szybko jak w ciągu ostatniego miesiąca.

A teraz skrót w punktach:

* Inception w japońskim kinie. Film rewelacja oczywiście. Fotele mega wygodne i do tego popcorn na słodko! Taki popcorn to mogłabym jeść codziennie. :D

* Kaitenzushi Póki co mój pierwszy i ostatni raz kiedy miałam okazję jeść sushi w restauracji. :P Świetna sprawa. Wszystko świeże i pyszne. Pan przygotowujący sushi przesympatyczny. Gawędził sobie z nami (poszliśmy z ludźmi z grupy i jedną nauczycielką) cały czas praktycznie. I oczywiście relatywnie taniej niż w Polsce.

* Hanabi taikai numero 4 - moje ostatnie sztuczne ognie w Japonii. Nie tak piękne jak ver 3, ale za to poszłam tym razem w 6 osób z ziomkami z grupy, więc było przesympatycznie. I pierwszy raz oglądałam sztuczne ognie na stojąco.

*kolejny wykład z historii - tym razem się zawiodłam. Nie było już takich fajerwerków jak za pierwszym razem. Ale to może wynikać z tego, że Nagai-sensei podpadł mi kilka razy i teraz jestem trochę do niego uprzedzona.

*wycieszka do Sagamihary do baru Ryouheia - cóż mogę rzec - brak mi słów, tak świetnie się bawiłam. Po raz kolejny pomyślałam sobie, że nie żałuję ani minuty, ani sekundy spędzonej na żmudnej nauce w ciągu tych długich pięciu lat. Opłaciło się. Tylko po to żeby móc bezproblemowo porozmawiać sobie o wszystkim i o niczym ze swoim największym japońskim idolem. Naprawdę po tym spotkaniu uwierzyłam, że mój poziom japońskiego jest już całkiem zadowalający. Mam nadzieję, że już wkrótce znowu uda mi się choć trochę pogadać z Ryouheiem i może też z innymi tancerzami. Ale to się okaże już niedługo.

*festiwal hip-hopowy B-BOY PARK 2010 w Shibui - tam trafiłyśmy z Karoliną przez kompletny przypadek. Poszłyśmy sobie na spacer do parku Yoyogi i jak z niego wychodziłyśmy usłyszałyśmy muzykę. Ja cierpiąca na ciągły niedosyt muzyki, przyjaciół i imprez oczywiście od razu namówiłam Karolinę, żebyśmy chociaż zerknęły co tam się dzieje. I z tego zerkania wyszło nam kilka ładnych godzin spędzonych na słuchaniu najróżniejszych japońskich MC, a na koniec nawet obejrzałyśmy sobie bitwę tancerzy. Żyć nie umierać w tym mieście.

*purikura - czyli wielka pasja młodych japonek. To są te automaty do robienia sobie przesłodkich maksymalnie wyretuszowanych zdjęć. Całkiem fajna sprawa, ale póki co tylko ten jeden raz sobie na to pozwoliłam. Muszę się ogarnąć i znowu z kimś pójść.

*obiad w koreańskiej knajpie - wszyscy mówią, że koreańska kuchnia jest taka strasznie ostra i w ogóle, więc trochę się bałam, że nie bardzo będę miała co tam jeść. Ale okazało się, że jest dużo potraw kompletnie nieostrych, a te które miały być takie strasznie ostre, były na tyle łagodne, że nawet ja byłam w stanie je zjeść. :)

*REDLINE - japoński film animowany, który wchodzi do kin tutaj dopiero za miesiąc. Jeśli jakimś cudem trafi do Polski to polecam go wszystkim ludziom lubiącym animacje. Był to specjalny pokaz dla studentów z wymiany odbywający się w jakiejś tokijskiej szkole filmowej. Po pokazie został przeprowadzony wywiad z chętnymi. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że ja też się znalazłam wśród małej grupki ochotników. Sama nie wiem czemu. W każdym bądź razie relacja znalazła się potem na największym japońskim portalu o tematyce filmowej. Link tutaj. :)

*kanji tesuto - w końcu udało mi się zaliczyć test ze znaków! 89%! Nic to nie zmienia jeśli chodzi o naukę, ale satysfakcję mam. :D

*zapisałam się do fanklubu Ryouheia - tak wiem, jestem wariatem, ale nic na to nie poradzę. :P

Resztę napiszę potem, bo muszę zjeść lunch teraz. :(

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Zaległości

Wybaczcie, że ostatnio nic nie piszę, ale ostatnio ciągle coś się dzieje. Mam tyle rzeczy do opowiedzenia Wam, że nie wiem od czego zacząć. Może napiszę tylko, że Japonia jest krajem kompletnie magicznym. Już kilkukrotnie usłyszałam, że moim przeznaczeniem jest tutaj mieszkać. Niestety jest to niemożliwe, ale cóż. Cieszę się każdą chwilą, którą tutaj mam, a chwil tych jest już coraz mniej. Za miesiąc będę już znowu w Polsce. Nie wierzę, że czas potrafi biec aż tak szybko. Teraz już będę kończyć, bo jestem strasznie padnięta. Mam nadzieję, że jakoś w ciągu tego tygodnia się zmobilizuję, żeby napisać coś dłuższego...

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Hanabi, ver.3.0 i mocne postanowienie

Tak jest, Kochani, po raz kolejny udało mi się wybrać na pokaz sztucznych ogni. Tym razem było to Toukyou-wan hanabi taikai, czyli pokaz sztucznych ogni w Zatoce Tokijskiej. Ale to był sobotni wieczór. A sobotnie popołudnie też było niczego sobie, ponieważ najpierw wybraliśmy się z Yasem na spacer po Shibui i Harajuku, a następnie udaliśmy się do Roppongi, czyli dzielnicy niezwykle popularnej wśród obcokrajowców. Ja już półtora miesiąca mieszkam w Tokio, a jeszcze do Roppongi nie zawitałam. A teraz wiem, że jeszcze co najmniej dwa razy się tam wybiorę. Yasu miał genialny pomysł, żeby wjechać na 52 piętro drapacza chmur o wdzięcznej nazwie Roppongi Hills, abym sobie zobaczyła panoramę Tokio. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam Tokio z wysokości 270m. Coś pięknego. W końcu odczułam jak ogromne jest to miasto. To było wręcz przytłaczające. W którą stronę nie spojrzysz widzisz morze budynków ciągnące się aż po horyzont. Z resztą sami zobaczcie:



Poniżej słynna Tokyo Tower, do której muszę się w końcu wybrać.



I moje zboczenie, a zarazem kolejny powód dla którego niedługo znów zawitam w Roppongi – teatr Blue Man Group.



Trochę czasu się nam zeszło na podziwianiu panoramy Tokio, więc następnie udaliśmy się prosto na pokaz sztucznych ogni. Jak to dobrze, że umówiłam się z Japończykiem – kompletnie niczym się nie musiałam przejmować, jaką linią metra trzeba jechać, gdzie pójść, żeby było wszystko dobrze widać. Gdzie kupić coś do jedzenia. Pełen luz. Około 17:30 znaleźliśmy sobie miejsce, zostawiliśmy tam część rzeczy (takie coś wchodzi w grę chyba tylko w Japonii) i poszliśmy kupić coś do jedzenia. Padło na yakitori, czyli grillowanego kurczaka. Teoretycznie. Bo w praktyce to oprócz kurczaka miałam okazję zjeść też tan, czyli grillowany język krowy – nie wiem jak się na to po polsku mówi. Ozorki? W każdym bądź razie każdy z pięciu rodzajów mięsa był bardzo smaczny. Jak kiedyś przyjedziecie do Japonii to najlepiej nie pytajcie co dostaliście na talerzu tylko najpierw spróbujcie czy Wam smakuje, a potem dowiedzcie się co jedliście. Ja nie mam z tym żadnych oporów, więc zawsze pytam co jem, ale jestem pierwszą taką osobą tutaj u mojej host family. Do tej pory każda dziewczyna czegoś tam w ogóle nie chciała wziąć do ust. Jak to dobrze, że mi żadne jedzenie nie jest straszne. Dzięki temu mogę poznać wiele twarzy Japonii, bo tak naprawdę życie Japończyków w dużej mierze kręci się wokół jedzenia. Ale wyszła mi tu jakaś dygresja, a ja przecież o fajerwerkach miałam pisać. A fajerwerki tym razem były wprost obłędne. Znacznie piękniejsze niż wszystkie które widziałam do tej pory. Nie wiem czy to przez to, że w piątek przeżyłam jedne z najcudowniejszych chwil w moim życiu czy jak, ale naprawdę tym razem sztuczne ognie ścięły mnie z nóg. Napstrykałam tyle zdjęć ile tylko mogłam, ale niestety nie oddają one w żaden sposób piękna widzianego własnymi oczami. Już tata-san mówi na mnie hanabi-onna, czyli kobieta sztucznych ogni, przez to, że za każdym razem się tak nimi zachwycam. Ale zobaczcie, czyż nie są piękne?







Po fajerwerkach miałam jeszcze okazję zobaczyć jeden z najbardziej urzekających widoków Tokio czyli Rainbow Bridge nocą. To ten sam most, który przeszłam cały na piechotę podczas wycieczki do Odaiby. Chyba wtedy napisałam nawet, że marzę o tym, żeby zobaczyć go po zachodzie słońca. No i w sobotę mi się udało. A wyglądało to mniej więcej tak:



Jak dla mnie miejskie piękno w czystej postaci.

Jak więc widzicie sobota była kontynuacją rewelacyjnego piątku i tutaj rodzi się moje postanowienie. A mianowicie, postanowiłam, że przez mój pozostały pobyt w Tokio nie będę się na nic skarżyła i na nic narzekała. Zbyt wielkie szczęście mnie spotkało w tym tygodniu, żebym mogła sobie pozwolić na luksus narzekania. [teraz jak to piszę to zastanawiam się, czy abym przypadkiem już o tym nie pisała w moim poprzednim poście bez ładu i składu] W każdym bądź razie co by się nie działo już na nic nie będę narzekać. Co więcej nie zamierzam się niczym przejmować. Jak się pojawią jakieś nowe dziwaczne zasady w szkole to po prostu sobie przypomnę piątek 13-go sierpnia i nic mi nie będzie przeszkadzało. Mam zamiar żyć jak najdłużej na całej pozytywnej energii, którą zdobyłam w piątek. I myślę, że naprawdę może się mi to udać.

piątek, 13 sierpnia 2010

幸せ -SZCZĘSCIE

Moi Drodzy!

Dziś był mój najlepszy dzień od kiedy zawitałam w japońskie progi. Nie wiem który to już raz piszę coś takiego, ale uwierzcie mi, że tym razem jestem na kompletnie innym poziomie szczęścia niż byłam dotychczas.

Oczywiście od początku zakładałam, że dzisiaj musi być świetny dzień, ale rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Ale po kolei. Po zajęciach spotkałam się z Yasem o 18 na dworcu Shinjuku. Mieliśmy trochę czasu, więc poszliśmy na kawę. Super się nam gadało. Bez porównania lepiej w stosunku do tego co było, kiedy się poznaliśmy w Warszawie. Dwa światy po prostu. A później się zaczęło. O 18:30 dotarliśmy na 7 piętro budynku Lumine 2, gdzie znajduje się Lumine the Yoshimoto, czyli "teatr". Nie wiem czy to najodpowiedniejsze określenie. Ogólnie to występują tam głównie kabareciarze. No ale już nieważne. Dzisiejszy event polegał na połączeniu sił popularnych kabareciarzy z rewelacyjnymi tancerzami. Co ciekawe ja znałam wszystkich tancerzy i żadnego kabareciarza, natomiast Yasu znał większość kabareciarzy i tylko Hitoriego (mojego ulubieńca). Siedzieliśmy w rzędzie K, czyli niezbyt blisko, ale wszystko było widać bez problemów. Niestety był zakaz robienia zdjęć, więc nie udało mi się uwiecznić tego cudownego występu. Bo event był świetny od pierwszej do ostatniej sekundy. Szczerze mówiąc, zakładałam, że dla mnie ciekawy będzie tylko występ Hitoriego plus Sennina, którego również uwielbiam, ale było kompletnie inaczej. Każdy skecz był przezabawny. W każdym skeczu występowali razem tancerze i komicy. Oczywiście nie mogę powiedzieć, żebym rozumiała wszystkie żarty, które usłyszałam, bo nie jestem Japonką, ale większość była do ogarnięcia. A taniec?? BAJER! Wiedziałam, że wszyscy tancerze są świetni, ale żeby aż tak zapierało mi dech na ich widok?! Niesamowite. Nie będę opisywać wszystkich skeczy, bo byście się zanudzili na śmierć. Powiem tylko, że Hitori występował w skeczu jako Mario Bros. Wcześniej już widziałam go jako Mario w wersji z jego 7-letnim uczniem Tatsukim, ale dzisiejszy występ był jeszcze lepszy, bo brało w nim udział kilku komików, odgrywających rolę żółwia, bossa i księżniczki. Czad na całej linii.

A kiedy zbliżał się finałowy występ to najpierw komicy pojawili się na końcu sali i przeszli wzdłuż publiczności na scenę. Jak to zobaczyłam to już byłam w siódmym niebie, bo wiedziałam, że zaraz wyjdą tancerze i to wyjdą od mojej strony, a siedziałam prawie na samym brzegu. No i jak wyszli to udało mi się uścisnąć rękę Hitoriego!! Nikt z Was nie może sobie wyobrazić jakie to było szczęście dla mnie! Tak wiem, że jestem nienormalna, ale jak przez 2-3 lata się kogoś ubóstwia i wie, że ten ktoś mieszka na drugim końcu świata i nie ma się szans go zobaczyć to gdy przyjdzie taka szansa cały świat staje na głowie. Ja właśnie coś takiego wtedy przeżyłam. Normalnie miałam łzy w oczach. Później była rewelacyjna bitwa tancerze kontra komicy, która zakończyła się remisem. Gdyby to ode mnie zależało to oczywiście wygraliby tancerze. :D I później podziękowania, zapowiedzi następnych występów, premier płyt itd itp. A potem...

Potem zaczyna się coś w co do tej pory nie wierzę. Oczywiście marzyłam o tym żeby sobie zrobić zdjęcie z Hitorim. Ale kiedy wyszliśmy z sali do holu był tłum ludzi i ogólnie nie wiedziałam co się w ogóle dzieje. Więc stwierdziłam, że chcę iść do łazienki. Była mega kolejka, więc stwierdziłam, że wrócimy do holu i potem jeszcze raz pójdę. I kogo widzę na uboczy w holu?! Ryoheia!! [to jest prawdziwe jego imię, Hitori de Dekirumon to tylko jego pseudonim] No i Yasu mówi od razu: to chodź zrobisz sobie z nim zdjęcie! Przez chwilę się wahałam, ale raz się żyje, więc podeszłam do niego i się spytałam czy możemy zrobić sobie zdjęcie. I się zgodził!! Taki jest tego efekt:


Ładnie podziękowałam i udaliśmy się znowu w kierunku toalet. A przy toaletach stał mój tancerz numer dwa, czyli Koteishin Sennin, tancerz znany z teledysku Missy Elliot Ching-A-Ling, czy też Martina Solveiga C'est la Vie. Jak nie znacie to zobaczcie koniecznie. Sennin gadał z jakimiś fankami, więc oczywiście znowu nie chciałam podejść, ale Yasu mnie wypchnął do przodu i znowu się spytałam czy mogę sobie zrobić zdjęcie. I znowu usłyszałam tak!


Po zrobieniu zdjęcia Yasu zaczął rozmowę, mówiąc, że przyjechałam z Europy, z Polski i takie tam głupoty. No i sobie trochę pogadaliśmy o tym, że właśnie widziałam Sennina w teledyskach i, że ogólnie lubię japońskich tancerzy, a w szczególności Ryoheia. xD Spytaliśmy się też o następne jego występy i gościu spytał się mnie do kiedy jestem w Japonii, wyjął telefon i sprawdził wszystkie daty i mi je podał. Oczywiście powiedziałam, że na pewno przyjdę na kolejne eventy. Ogólnie bardzo miło się gadało. Podziękowałam za świetny występ i w końcu poszłam do łazienki. A jak wyszłam z toalety i pogadałam chwilę z Yasem jaka to jestem szczęśliwa, że tu przyszłam to znowu pojawił się Ryohei. No i Yasu znowu do mnie mówi, żebym do niego zagadała. A ja, że nie nie, wstydzę się i boję się, że zacznę jakieś głupoty opowiadać. Ale patrzę, że Sennin gada z Ryoheiem i wskazuje w moim kierunku. No w tym momencie oczywiście już nie było wyjścia i MUSIAŁAM z nim porozmawiać. Porozmawiać z człowiekiem, którego ubóstwiałam przez tyle czasu. Dalej w to nie wierzę. I sobie pogadaliśmy już teraz dokładnie nie pamiętam o czym. A, o tym czy był w Europie, powiedział, że najdalej był w Moskwie. Yasu oczywiście mu mówił, żeby przyjechał do Europy, ale to jest raczej mało prawdopodobne. Też się oczywiście spytaliśmy o kolejne eventy i przeszliśmy przy okazji do tematu jego bloga, którego ja oczywiście czytam. Nawet nawiązałam do jego wczorajszego posta, więc ogólnie było bardzo wesoło. A później powiedziałam, że na pewno jest bardzo zmęczony po całym występie i chce sobie wypocząć, a on mówi, że teraz jeszcze jedzie do swojego baru do pracy. Oczywiście musiałam powiedzieć, że wiem, że jest barmanem z jego bloga czy tam twittera. :D I się spytałam, czy mogę kiedyś tam przyjść. Powiedział, że pewnie tylko, że to jest poza Tokio. (tak jakby to miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie ;P) Znowu pogratulowałam występu i się pożegnaliśmy. Aż się cała trzęsłam ze szczęścia.

A idąc w kierunku windy trafiliśmy na jeszcze jednego tancerza, którego też znam i lubię - ISOPP. Stadardowe pytanie o zdjęcie - standardowa odpowiedź tak i efekt:


Z nim też chwilkę pogadaliśmy, że przyjechałam z Polski, że świetny występ itd. Ale to co od niego usłyszałam maksymalnie mnie zaskoczyło, ale jednocześnie ucieszyło. A mianowicie powiedział mi, że się rzucałam w oczy wśród publiczności, patrząc ze sceny. xD Kurczę, jakby nie patrzeć byłam tam jedynym białym człowiekiem, do tego jeszcze moja biała bluzka. Masakra. Wychodzi na to, że mnie obgadywali w trakcie występu. Uwielbiam ich! Wszystkich razem i każdego z osobna! Pewnie do września już nie będzie drugiego takiego dużego eventu jak dziś, ale mam zamiar chodzić na występy poszczególnych tancerzy kiedy tylko będę mogła. A do baru Ryoheia już się umówiłam z Yasem na przyszły piątek. Pojedziemy samochodem, więc nie będzie problemu potem z powrotem do domu. Mama-san już się zgodziła. Teraz jeszcze tylko muszę się dowiedzieć, czy Ryohei będzie w pracy wtedy, bo jak go nie będzie to nie ma sensu tam jechać. Nie śniło mi się nawet, że wybiorę się kiedyś do jego baru. Tak samo jak nie śniło mi się, że porozmawiam z nim twarzą w twarz. Zakładałam, że w końcu się odważę napisać komentarz na jego blogu po dzisiejszym występie, ale to było maksimum mojej odwagi. A tu taki dzień! Już kompletnie nie żałuję, że nie przyjechałam do Japonii rok temu. Nie żałuję ani minuty czasu, który poświęciłam na naukę japońskiego w ciągu tych pięciu długich lat. [a jeszcze kilka godzin temu mówiłam Yasowi, że jestem zazdrosna, że moi Koreańscy znajomi w ciągu roku mieszkania w Tokio doszli do tego samego poziomu japońskiego co ja w ciągu 5 lat nauki w Polsce] Jestem przeszczęśliwa, że przyjechałam tu w 2010 roku i, że w piątek 13-go sierpnia miałam okazję spełnić największe marzenie jakie dotychczas miałam.

Kocham moje życie. Życzę Wam, żeby mogło Was spotkać tyle szczęścia ile mnie spotkało dzisiaj.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Heh...

Dzisiaj poznaliśmy wyniki wczorajszego testu ze znaków. Oczywiście zgodnie z przewidywaniami nikt z naszego poziomu, ani z poziomów wyższych nie zaliczył. Ale zgadnijcie kto był najbliższy zaliczenia w całej szkole!

Oczywiście JA! 80%! A zaliczenie od 85%. Noż można się pochlastać.

Na każdym normalnym egzaminie jak się dostanie 80% to się zdaje. Ale oczywiście nie w Kudanie! Więc dalej będę się nudzić na banalnych zajęciach. I jeszcze ciekawsze jest to co się teraz stanie z naszą grupą. Nie pamiętam czy wcześniej o tym pisałam, ale w tym tygodniu moja grupa połączyła się z drugą grupą na tym samym poziomie i z 10 osób zrobiło się nas jakieś 16. Ale to nie koniec. Od przyszłego tygodnia ma dojść jeszcze 8 kolejnych osób i będzie nas 24!! Jak dzisiaj Nishimura-sensei powiedział o tym na zajęciach to ja oczywiście od razu wyjechałam z tekstem, że jak to jest niby możliwe. Powiedziałam, że ta szkoła zawsze karze przestrzegać swoich megasurowych zasad i jak ktoś zrobi coś niezgodnego z ich wizją to od razu ma problemy (historia Toshiko chociażby), a tu nagle sami łamią swoją zasadę, że w grupie nie może być więcej niż 20 osób. Aż specjalnie weszłam przed chwilą na stronę szkoły, żeby się upewnić i faktycznie jest napisane, że maksymalna liczba uczniów to 20. Do tego jeszcze dodałam, że oprócz tego, że uczniom będzie niewygodnie to przecież z punktu widzenia nauczyciela to też jest idiotyczna sytuacja, bo będzie mu ciężko prowadzić lekcje w takich warunkach. Sensei powiedział, że dobrze rozumie o co mi chodzi i że porozmawia z biurem, żeby jednak nas podzielili na dwie grupy. Mnie dziwi tylko jeszcze czemu ja jako jedyna zabrałam głos w tej sprawie. Na sali siedziało z 15 osób, ale jakoś nikt nie kwapił się do dyskusji. Albo ludzie nie potrafią walczyć o swoje, albo już dawno spisali te zajęcia na straty i przychodzą tylko dlatego, że muszą. Obstawiam, że ten drugi powód jest bardziej prawdopodobny.

No była jedna schiza. Ale to nie koniec atrakcji. Na przyszły tydzień umówiliśmy się całą grupą z naszą nauczycielką na sushi po zajęciach i wszystko było ok, a tu dzisiaj Suzuki-sensei mówi, że zasady szkoły zabraniają wychodzenia nauczycielom po zajęciach z uczniami. Do tej pory słyszałam tylko o tym, że nauczyciel nie może się wymieniać z uczniami numerem telefonu ani mailem, a tu jeszcze dochodzi zakaz spotykania się po zajęciach. No to wszyscy od razu załamka, bo bardzo lubimy tę nauczycielkę i naprawdę chcieliśmy z nią wyjść. Na szczęście sensei powiedziała, że po prostu "trafimy na siebie zupełnie przypadkowo" we wtorek w restauracji, czyli nie będziemy umówieni, ale przecież nikt nie może zabronić nam jedzenia w tej samej restauracji. Normalnie już po raz kolejny od kiedy tu przyjechałam czuję się jak gimnazjalistka, którą nigdy nie miałam okazji być. ;)

Ale żeby nie było, że dzisiaj tylko narzekam to pochwalę się, że udało mi się dzisiaj zakupić album Utady Hikaru (takiej bardzo popularnej tutaj piosenkarki, która w tym tygodniu ogłosiła, że na czas nieokreślony zawiesza karierę) za... 200 jenów, czyli 7 złotych! Pchli targ w szkole to jest to. xD

środa, 11 sierpnia 2010

Już za parę dni za dni parę...

...spełni się moje marzenie i zobaczę na żywo najlepszego tancerza na świecie (według mnie oczywiście)! Wczoraj udałam się po bilety na piątkowy event o wdzięcznej nazwie 『コント×ダンス=フューーージョン!!!!!』, czyli fuzja komików i tancerzy. Komików olewam, bo i tak pewnie nie zrozumiem o czym mówią, ale ci wszyscy tancerze.... Ach.... Już się nie mogę doczekać! Jeszcze tylko dwa dni. :D

Ja i bilety:


A później poszłam z koleżankami na okonomiyaki. Jak na pierwszy raz to poradziłyśmy sobie całkiem znośnie według mnie. Było smacznie a o to przecież chodzi. Wyglądało to mniej więcej tak:





Pycha!

Potem jeszcze tylko godzinka karaoke z Karoliną i powrót do domu, bo dzisiaj miałam test ze znaków i się musiałam trochę do niego pouczyć. Cóż mogę powiedzieć o tym teście. Nie był jakoś specjalnie trudny, ale podobno, żeby zaliczyć trzeba zdobyć 85%, więc szanse, że zdam są bardzo bliskie zera niestety. Ale szczerze mówiąc to już się tym nie przejmuje. Znaków tak czy siak uczę się codziennie, bo tutaj gdzie się nie spojrzy się je widzi. Sama czuję, że się ich już sporo nauczyłam, więc luz.

A za chwilę biorę się do pisania zaległego wypracowania, bo cały tydzień nie mogłam się do niego zabrać. Mam nadzieję, że dzisiaj się zmobilizuję i je skończę.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Prawdziwe wakacje

W ten weekend po raz pierwszy poczułam, że jest lato i ż jestem na wakacjach. Kompletnie zapomniałam o tym, że przyjechałam tu na kurs i cały weekend wypoczywałam.
W sobotę wybraliśmy się na Itabashi Hanabi Taitai, czyli pokaz sztucznych ogni. Mama-san pomogła mi się ubrać w yukatę, uczesała mnie i pożyczyła mi specjalny woreczek/koszyczek/torebkę idealnie pasującą do mojego stroju. Całe przygotowania zajęły sporo czasu, ale zdecydowanie było warto! Oto efekt:



Potem jeszcze tylko założyłam moje przepiękne geta i ruszyłam w drogę. Spotkaliśmy się na dworcu Ikebukuro i poszliśmy do szkoły Karoliny, bo to wyjście organizowała właśnie jej szkoła. Tłumu nie było, bo z 13 osób, które szły 4 osoby były znajomymi Karoliny i troje było nauczycielami. Ale to w sumie bez różnicy w ile osób się idzie przecież. Najczarniejszy moment był wtedy, kiedy nauczycielka powiedziała, że od dworca na miejsce pokazów trzeba iść jakieś 30 minut. Dramat, jeśli się ma na nogach prawdziwe geta. Ale byłam twarda i wytrzymałam całą drogę w obydwie strony. :) I pierwszy raz miałam okazję jechać w legendarnym zapchanym metrze. To był coś. Jak wcześniej pisałam, zawiodłam się na tokijskim metrze jeśli chodzi o ścisk. Tym razem tłum przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Do pierwszego pociągu w ogóle nie udało nam się wsiąść. Do drugiego jakoś się wcisnęliśmy i nawet nie było tak źle. Ale musieliśmy przejechać pięć stacji, a z każdą kolejną tłum gęstniał. Pod koniec trudno było złapać oddech. A podobno niektóre linie metra tak wyglądają co rano. Tutaj widok stacji, na której wysiedliśmy:



I ja z Karoliną w tłumie:



Później jeszcze tylko pół godziny wleczenia się w tłumie ludzi w yukatach, co nie było takim ciężkim przeżyciem, a potem półtorej godziny obłędnego pokazu. Powiem Wam, że jak się jest ubranym w yukatę to zupełnie inaczej się ogląda sztuczne ognie niż jak się jest w normalnym stroju. Nie wiem czemu, ale tak po prostu jest. Yukata po prostu pasuje do sztucznych ogni, a sztuczne ognie pasują do yukaty. Tym razem nie chciało mi się robić zdjęć, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że było przepięknie. Prawdziwe japońskie lato.

W drodze powrotnej o dziwo nie było aż takiego ścisku w pociągu jak poprzednio i udało mi się bez większych problemów dotrzeć do domu. Tylko przez geta pod koniec zaczynałam rozważać opcję zdjęcia butów i wracania od dworca do domu na boso. Ale byłam twarda i doszłam w butach. Tylko kiedy je zdjęłam i weszłam na podłogę to podłoga wydała mi się miękka. Drewniana podłoga sprawiała wrażenie jakby była zrobiona z pluszu. Niesamowite uczucie, ale Mama-san mówi, że to normalne. Bałam się, że na drugi dzień będę miała straszne odciski, ale na szczęście tak nie było.
I tutaj zaczyna się niedziela. Pobudka o 5:45 i ruszam nad morze! Znaczy się nad Ocean Spokojny. ;) Droga zajmuje mnóstwo czasu, ale naprawdę było warto. Najpierw dwoma pociągami jechałam sama. Potem jechałyśmy razem z Karoliną, a następnie spotkaliśmy się z całą ekipą na dworcu Nishifunabashi w okolicach Chiby. W sumie było nas 7 osób. Czwórka z mojej grupy, Karolina, Koreańczyk i Japończyk.

Tutaj ładniejsza część naszej grupy:



Pojechaliśmy do Chiby i tam wsiedliśmy w pociąg jadący bezpośrednio do Onjuku, cudownego, malutkiego nadmorskiego miasteczka, którego podstawową zaletą jest to, że jest daleko od Tokio i nikomu nie chce się tam jeździć. Oczywiście nie znaczy to, że jest tam pusto, ale nie ma tam człowieka na człowieku tak to się dzieje na plażach, które według Japończyków są 1000 razy lepsze od Onjuku. Bo kiedy powiedziałam rodzicom-san, że jedziemy do Onjuku to musiałam się nasłuchać półgodzinnego wykładu Taty-sana o tym, że jest milion miejsc gdzie woda jest ładniejsza i widać rybki i w ogóle jest cudownie. I jak powiedziałam, że moi koledzy chcą surfować to oczywiście zaczął się cały wykład na temat tego gdzie jest mekka surferów i że tam powinniśmy koniecznie jechać. Na szczęście Mama-san jak zwykle mówiła, że pojedziemy tam gdzie się nam podoba i tyle. I całe szczęście, że wybraliśmy się akurat do Onjuku.
Jak wyszliśmy z dworca to zobaczyliśmy to:



A po kilkunastu minutach byliśmy już na plaży.



Ocean jest przepiękny, plaża jest duża, pogoda idealna na opalanie. Efekt jest taki, że teraz, w poniedziałek wieczorem, jestem czerwona jak rak, non stop się balsamuję i robię sobie okłady z lodu. Na zajęciach myślałam, że wyzionę ducha. A jutro pewnie nie będzie większej poprawy jeszcze. Ale wróćmy na plażę. Słoneczko, delikatny wiatr, gorący piasek… chce się żyć po prostu. I ta woda! Cieplutka, fale idealnej wysokości, żeby się w nich popluskać, ale nie żeby się utopić. Najfajniej było usiąść sobie na brzegu w płytkiej wodzie i czekać aż przyjdzie fala. Mogłabym tak siedzieć tam i nic nie robić przez cały tydzień. Dwaj kumple stwierdzili, że sobie tam przenocują i dopiero w poniedziałek wrócą do domu. Ale reszta wróciła w niedzielę. Kurczę, mam nadzieję, że uda nam się jeszcze raz tam pojechać niedługo, ale tym razem na dwa dni i z większą ekipą. Dworzec Onjuku wieczorową porą:



Ciężko było wrócić dzisiaj do szkolnej rzeczywistości, ale spotkała nas dzisiaj jedna miła niespodzianka. A mianowicie Nishimura-sensei powiedział, że w piątek zamiast wypracowania obejrzymy na zajęciach film o matsuri! :D Jak to dobrze, że go o to poprosiłam w piątek. Szczerze to się nie spodziewałam, że się zgodzi, a tu taki zaskoczenie. Zważywszy, że w piątek idę na występ Hitori de Dekirumona!!! Pierwszy raz w życiu zobaczę go na żywo! A co więcej idę z Yasem, czyli moim pierwszym japońskim przyjacielem, którego poznałam trzy lata temu w Warszawie i od tamtej pory zawsze ze sobą mailowaliśmy. Kiedy przyjechałam do Japonii rozmawiałam z nim tylko raz zaraz i ciągle czekałam kiedy się do mnie odezwie. A wczoraj podczas powrotu znad morza nagle do mnie zadzwonił! Szok! A jeszcze ważniejsze jest to, że przyjeżdża do Tokio i się możemy w końcu po tylu latach spotkać.

Niedziela to był mój dzień. Najlepszy z wszystkich jakie tu przeżyłam. A kolejny udany dzień na celowniku już w piątek. :D

piątek, 6 sierpnia 2010

Spokojny tydzień

W tym tygodniu nie działo się nic specjalnie interesującego. Upał cały czas doskwiera, ale da się żyć. Interesujące rzeczy zaczynają się już niedługo, bo dzisiaj idę na hanabi taikai!! Co więcej idę w yukacie i geta, czyli będzie pełny wypas. Chyba zaraz zacznę się szykować, żeby się ze wszystkim wyrobić.

Jestem lekko nieprzytomna, bo wczoraj to późna nie spałam. Odkryłam, że idiotyczna japońska telewizja daje najciekawsze (dla mnie) programy o 2 i 3 w nocy. Normalnie myślałam, że rzucę czymś w telewizor jak o 2:30 go włączyłam i zobaczyłam program o street dancerach. A za dnia non-stop tylko żarcie, żarcie, żarcie i jakaż to Japonia jest piękna i wspaniała. Chyba muszę się zakręcić za jakimś programem telewizyjnym, żeby sprawdzić ile naprawdę wartych obejrzenia rzeczy po prostu przesypiam.

Rano obudził mnie telefon. Nieznany numer. Gościu się przedstawia, a ja półprzytomna nie wiem w ogóle o co chodzi. Dopiero po chwili się zorientowałam, że dzwoni do mnie mój znajomy, którego poznałam na facebooku, bo wczoraj mu napisałam maila. Przesympatyczny człowiek. Rozmawialiśmy przez 10 minut. To moja najdłuższa rozmowa telefoniczna po japońsku w życiu! Jestem z siebie dumna, bo wszystko rozumiałam. Ale widać, że on często rozmawia z obcokrajowcami, bo mówił dość powoli i wyraźnie. Tak czy siak jest super, bo do tej pory zawsze się okropnie stresowałam, gdy miałam rozmawiać z jakimś Japończykiem przez telefon. Od dzisiaj no more fear! :D

A jutro jedziemy nad morze!! :D I to nie byle jakie morze tylko nad Ocean Spokojny! Pierwszy raz w życiu zobaczę ocean, więc moje szczęście nie zna granic. Jedynym wyzwaniem będzie pobudka, bo umówiliśmy się o 8 rano na stacji, która jest już poza Tokio, a dojazd tam zajmie mi pewnie z godzinę. Ale czego się nie zrobi dla oceanu. Tak się zastanawiam, że nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam nad morzem. O! Przypomniałam sobie. Byliśmy z Bartkiem w Koszalinie, kiedy uczyłam się do poprawki z marketingu, czyli to był 2 albo 3 rok. Kawał czasu temu. Tym bardziej nie mogę się doczekać wycieczki. :)

W szkole, zgodnie z moimi przewidywaniami jest cały czas wesoło. Wczoraj namawiałam pana Nishimurę żeby za tydzień zamiast wypracowania puścił nam jakiś film. Kurczę, jakby się udało to wszyscy byliby w siódmym niebie, bo mamy już serdecznie dosyć pisania tych głupot w czasie zajęć.

Przy okazji wrzucam zdjęcie Hori-san, zwariowanej Tajwanki, o której już wcześniej Wam pisałam, jak to się kłóci ze swoim chłopakiem. Czyż nie jest przesłodka?



I na koniec odrobina szpanu - moja pierwsza 100% frekwencja. :)



Oczywiście nie umywam się do mojego kumpla Gillesa, który zaliczył 100% frekwencję dziesiąty miesiąc z rzędu. Ale on jest rekordzistą w tej szkole.

Swoją drogą to wciąż mnie dobija fakt, że ja musiałam przez 5 lat się uczyć w Polsce, żeby dojść do takiego poziomu do jakiego tu się dochodzi po roku nauki. Jakby się finansowo temu przyjrzeć, to nie wiem czy taki rok w Japonii nie wyszedłby mi taniej niż 5 lat chodzenia na kursy w Polsce. Ale to też daje nadzieję na przyszłość, że jak mi się zachce uczyć kolejnego języka to wiem, że w ciągu mniej więcej roku można naprawdę zrobić ogromne postępy.

wtorek, 3 sierpnia 2010

Miesiąc

Właśnie minął pierwszy miesiąc od kiedy przyleciałam do Tokio... Cóż mogę rzec? Czas pędzi nieubłaganie. Wciąż pamiętam moją pierwszą podróż pociągiem z lotniska do domu i stresy z nią związane. A tu już prawie połowa wyjazdu za mną. W ciągu tego miesiąca udało mi się w zasadzie sporo zrobić. Czuję, że mój japoński jest już na innym poziomie niż był przed przyjazdem tutaj. Znacznie łatwiej mi się rozmawia i nawet znaki zaczynają mi lepiej iść. Gdybym tu nie przyjechała to nie wiem kiedy doszłabym do takiego poziomu. Dlatego pamiętajcie - jak już będziecie mieli swoje dzieci, choćby nie wiem co, choćbyście sami mieli przymierać głodem, wysyłajcie je za granicę ile się da. Takie doświadczenie kompletnie zmienia sposób patrzenia na rzeczywistość. Moje dzieci zwiedzą pół świata za moje pieniądze. Takie jest moje postanowienie.

Oczywiście życie na drugim końcu świata nie jest usłane różami i jest tutaj wiele problemów, głównie związanych z różnicami międzykulturowymi, ale dzięki temu, że przez pięć lat non-stop starałam się dowiedzieć jak najwięcej o Japonii, jestem w stanie akceptować wszystko co mnie tu spotyka.

A chyba największym moim szczęściem z tego wyjazdu są cudowni ludzie, których tu poznałam. Śmieszne jest, że musiałam pojechać taki kawał drogi, żeby zaprzyjaźnić się z Niemką czy Francuzem. Bo Koreańczycy to już oddzielna historia. :)

A a propos przyjaciół, to z nimi wiąże się największa wada wyjazdów za granicę, czyli rozstania. :( W poniedziałek po raz ostatni widziałam się z Toshiko. Przed moimi zajęciami umówiłyśmy się w Akihabarze, żeby kupić jej DVD z Nodame Cantabile, moją ulubioną japońską dramą, która Toshiko też się bardzo spodobała. Niestety kiedy ją znalazłyśmy to okazało się, że kosztuje 25000 jenów (prawie 900zł), więc musiałyśmy zrezygnować z zakupów. Ja nie wiem kogo stać na takie wydatki. Bogu niech będą dzięki za Internet. :P

W każdym bądź razie strasznie nam było smutno, że już się więcej nie zobaczymy w Japonii i oczywiście mamy zamiar się spotkać w Europie jak najszybciej. I cały czas do siebie mailujemy. Nasze ostatnie wspólne zdjęcie:


To był poniedziałek. Natomiast we wtorek miałam okazję udać się jako "modelka" do manicurzystki, żeby mi zrobiła tipsy! Moje pierwsze tipsy z prawdziwego zdarzenia!! Całe szczęście nie są jakoś ekstremalnie długie, dlatego jestem w stanie bez problemów używać laptopa i komórki. A skąd ja się tam wzięłam? Otóż córka przyjaciółki Mamy-san jest manicurzystką i przygotowuje się teraz do egzaminu z nakładania tipsów. Biedna już trzy razy oblała ten egzamin, ale się nie dziwię, bo robota łatwa nie jest. W każdym bądź razie miałam okazję udać się do wypasionego salonu i mieć zrobione tipsy, które tutaj kosztują ponad 350zł, kompletnie za darmo. :)) Swoją drogą ceny w tym kraju nadal mnie przerażają. Ja bym w życiu nie wydała 350 zł na coś tak trywialnego jak paznokcie. No chyba, że na własny ślub. Ale żeby na co dzień? Chore, chore. Wypasiony salon był oczywiście w wypasionym centrum handlowym pełnym markowych sklepów. Powiem Wam szczerze, cieszę się, że Polska nie jest bogatym krajem. Takie miejsca jak to bardzo mnie przygnębiają. Pogoń za pieniądzem i za luksusem osiągnęła w Japonii bardzo niepokojący rozmiar. Może obecny kryzys gospodarczy jakoś otworzy oczy Japończykom i zrozumieją, że poza ładnymi ubraniami i kosmetykami na świecie jest wiele innych atrakcji, którym warto jest poświęcić uwagę.

Jakiś moralizatorski się ten post zrobił, ale co tam. :P Raz na miesiąc mam prawo się powymądrzać na własnym blogu. Szkoda tylko, że nikomu nie chce się komentować moich złotych myśli. :P Bo dobrze wiem, że wszyscy pilnie czytacie moje historyjki. ;)

niedziela, 1 sierpnia 2010

Podsumowanie weekendowe

Piątkowe piwo、zwane w Japonii "nomikai", przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Mam grupę pełną kompletnych wariatów. Nie wiem czemu na zajęciach do tej pory tego nie zauważyłam. Czuję, że od poniedziałku w szkole powinno zrobić się o wiele weselej niż było przez cały miesiąc. Poszliśmy w końcu w siedem osób, co i tak jest niezłym wynikiem jak na dziesięcioosobową grupę. Wszyscy się świetnie bawili. Dowody poniżej:

Radosne dziewczynki


I nie do końca normalni chłopcy:


Jak na pierwsze grupowe zdjęcia jest całkiem nieźle.

Restauracja była pod kilkoma względami mało fajna, ale już nie będę się nad tym rozpisywać. Grunt, że super spędziliśmy razem czas. :)

W sobotę regenerowałam siły po imprezie, a w niedzielę spotkałam się z Hee Won, Koreanką (tą pośrodku) i pojechałyśmy do Parku Inokashira na spacer. Jednak zieleń to jest to! I okazało się, że w parku jest też ZOO, więc tam też poszłyśmy. W sumie nie było jakoś strasznie dużo zwierzaków, ale i tak super, że miałyśmy trochę kontaktu z naturą. Największymi słodziakami były świnki morskie. Można sobie je było brać na kolana nawet.



Poza świnkami były też czad wiewiórki, ale biegały tak szybko, że nie dało się porządnie zrobić im zdjęć. Później coś zjadłyśmy i poszłyśmy pokręcić się po sklepach. Japońskie ubrania są przesłodkie. A jest sporo przecen, więc nie wiem czy sobie czegoś nie kupię w końcu. A dzisiaj zakupiłam po raz pierwszy mangę od kiedy tu przyjechałam. Sama się zdziwiłam, bo myślałam, że mangi będę kupować od razu po przyjeździe, ale jakoś o tym zapomniałam. W każdym bądź razie kupiłam mangę pt Bagabondo (czyli zapewne Vagabond :P ), którą polecał na wykładzie z historii pan Nagai. Dopiero co zaczęłam, ale już widzę, że mi się spodoba. Szkoda tylko, że ma jak do tej pory 33 tomy i się jeszcze nie skończyła. Raczej sobie całości nie kupię.
To na tyle jeśli chodzi o telegraficzny skrót z weekendu. W poniedziałek przed zajęciami umówiłam się z Toshiko. To będzie pewnie nasze ostatnie spotkanie niestety, bo Toshiko zaraz zaczyna podróżować po Japonii, a potem wraca do Niemiec…

czwartek, 29 lipca 2010

Imieniny bez fajerwerków

A może jednak z?

Niestety zgodnie z naszymi obawami dzisiejszy pokaz fajerwerków w Adachi został przełożony. Co gorsze został przełożony na jutro, więc nie ma szans, żebyśmy poszli. Ale nie ma co się załamywać - jeszcze wiele pokazów przede mną, bo sezon się dopiero zaczyna.

Ogólnie byłam jakaś mało przytomna dzisiaj na zajęciach, bo w nocy nie mogłam spać, nie wiedzieć czemu. I do tego dziś był ostatni dzień Toshiko w szkole. A jak Suzuki-sensei sprawdziła na swoim iPhonie, że fajerwerków brak, to nastrój zepsuł mi jeszcze bardziej. Już myślałam, że dzień będzie spisany na straty, ale tutaj miła niespodzianka. Jak powiedziałam moim koreańskim znajomym, że dziś są moje imieniny (oczywiście najpierw musiałam im wytłumaczyć co to są imieniny) to wszyscy mi złożyli życzenia, a jedna koleżanka zaprosiła mnie potem na piwo do restauracji w Shibui. Nie posiadam się ze szczęścia, że trafiłam na takich świetnych znajomych! Ale czemu dowiaduję się o tym, że są tak świetni dopiero po miesiącu nauki? Dzisiaj sporo o tym gadałyśmy z Eun Joo [czyt. un dziu] i powiedziała mi, że ona zawsze chciała, żebyśmy razem gdzieś poszły po zajęciach, ale przez to, że ja zawsze trzymałam się z Toshiko nie chciała nam przeszkadzać. Na szczęście już sobie wytłumaczyłyśmy, że im więcej będziemy się wszyscy razem spotykać tym lepiej. Tak więc już pojawiły się plany wspólnego grillowania, wyjazdu gdzieś we wrześniu, pójścia gdzieś w yukatach, pójścia do Tokyo Tower itd. itp. Wygląda na to, że od tego tygodnia moje tokijskie życie nabierze rozpędu. A wiecie co jest w tym najlepsze? To, że cały czas używamy japońskiego i się nawzajem od siebie uczymy nowych rzeczy. Przed wyjazdem myślałam, że w Japonii będę chciała spotykać się tylko z Japończykami, bo co mnie tam obchodzą inne narodowości. Ale po tym jednym tygodniu, który wciąż jeszcze trwa, muszę powiedzieć, że z Koreańczykami dogaduję się o wiele lepiej niż z tubylcami. Zadziwiające.

A wracając do naszego wyjścia. Tak jak już pisałam wcześniej, w tym kraju jak się idzie na piwo to się jednocześnie je. I dzisiaj z okazji moich imienin Eun Joo zamówiła nam trzy rodzaje sashimi, sałatkę z owoców morza, jakieś warzywa i mięsko. Uczta! Tak sobie myślę, że w Polsce chyba najbardziej będzie mi brakowało sashimi, jeśli chodzi o japońskie potrawy...

A jak wracałyśmy do domu to na tych wielkich telewizorach w Shibui leciała reklama najnowszej płyty Yamapiego!! [One in a million rządzi po wsze czasy :P ]Jednak Shibuya nocą robi niesamowicie pozytywne wrażenie. Dzisiejszy dzień chyba wygrywa z fajerwerkami w Yokohamie i ląduje na szczycie mojej listy najbardziej udanych dni w Japonii.

Ciekawe co przyniesie jutro... Tak bardzo wyczekiwane przez wszystkich wyjście z grupą... musi być ciekawie!

środa, 28 lipca 2010

Pogaduchy

Wczoraj na zajęciach było (jak zawsze w środy) ciekawie i wesoło. Co jak co ale Mizusawa-sensei rządzi na całej linii. Czas się w ogóle nie dłuży, kiedy się jej słucha. :)

A po zajęciach poszłam z dwoma kolegami na kawkę. W końcu się zakumplowałam z jakimiś facetami! Tylko czemu dopiero miesiąc po moim przyjeździe?! No ale w każdym bądź razie okazuje się, że oni też się nie mogą doczekać piątkowego wyjścia na piwo. Wszyscy się nie mogą doczekać, ale przez trzy tygodnie nikt nie wpadł na to, żeby gdzieś razem wyjść całą grupą. Co za ludzie! A ci moi dwaj koledzy to AJ (czyli wcześniej pojawiający się na blogu koreański Bartek Lesner :P) i... i... eee... Budua (tak to brzmi, ale nie mam zielonego pojęcia jak się to pisze po francusku ^^"). Okazuje się, że AJ jest w moim wieku, ale Budua ma 28 lat. W piątek się okaże jak jest z resztą ludzi, bo póki co to prawie wszyscy są starsi ode mnie. Aż dziw mnie bierze, bo w Polsce przeważnie to ja byłam jedną z najstarszych w grupie zawsze. Jedna tylko Koreanka jest chyba 2 albo 3 lata młodsza. A tak to 26,28 i ponad 30.

A AJ jest nową wersją mojego kolegi z japońskiego - Maćka P. [Maćku, pozdrawiam Cię serdecznie ;)], gdyż postanowił sobie, że w grudniu ma zamiar zdać JLPT 1kyuu (czyli najwyższy możliwy poziom certyfikatu) i codziennie po zajęciach uczy się jeszcze przez kilka godzin w kawiarni. Jak zobaczyłam książkę, którą już prawie całą przerobił to się załamałam - nic z niej nie ogarniam. Podziwiam, ale raczej nie wezmę z niego przykładu. :P Wolę na spokojnie podejść w tym roku do 2kyuu, bo jeśli chodzi o szukanie pracy, to to mi powinno w Polsce wystarczyć. Jedynkę oczywiście też planuję zdać, ale to już w nieco dalszej przyszłości.

W każdym bądź razie to pokazuje na jak ambitnych wariatów trafiłam w Japonii.

A dzisiaj się wybieramy na hanabi taikai. Tylko pojawił się jeden problem - DESZCZ! Na razie jest 10:30 i wciąż pada, ale modlę się, żeby do wieczora się wypogodziło.

wtorek, 27 lipca 2010

zdjęcie


A w sumie nie jest aż tak źle z tym zdjęciem kiedy jest zmniejszone. ;)
[tylko wygląda jakbym miała wielką plamę na środku bluzki :p]

日常 - zwykły dzień

Jak w temacie. Dzisiaj nie mam za wielu rzeczy do opisania. Na zajęciach raczej nudy. Upał wciąż się utrzymuje. Jedyne dwa interesujące punkty dnia to polaroid i obiad. :P Jeden kolega przyniósł dziś na zajęcia polaroida i nawet zrobił mi z Toshiko zdjęcie. Pamiętacie jeszcze czasy kiedy się używało polaroida? Toż ta byłam wtedy w podstawówce. Niestety jak zrobiłam zdjęcie zdjęciu to jakość jest słaba, więc nie będę go tu wrzucać. Ale radochę miałyśmy.

A obiad był ogromny jak zwykle. Tym razem była zupa miso z małżami, smażony węgorz i koreańska potrawa o wdzięcznej nazwie bibimbap A na deser jeszcze brzoskwinie, więc jest szansa, że mój plan utycia w Japonii się powiedzie. Zważywszy, że w ogóle tu nie ćwiczę i nawet ostatnio za wiele nie spaceruję, bo się nie da w tym upale. Już nie mogę się doczekać, kiedy na jesieni znowu zacznę chodzić na kurs tańca...

poniedziałek, 26 lipca 2010

Zakupowy weekend

Jako że zbliżają się moje imieniny dostałam od rodziców misję znalezienia sobie jakiegoś prezentu. Ponieważ nadal jestem „o Boże, hanabi taikai to najlepsze rzecz, jaka wyszła Japończykom” to od razu postanowiłam, że chcę dostać yukatę. Polecono mi na zajęciach, żebym udała się do sklepu UNIQLO, bo tam są całkiem ładne yukaty w niskich cenach. Dalego umówiłam się na sobotę z Toshiko na dworcu Shinjuku i udałyśmy się na poszukiwania. Shinjuku nie zrobiło na mnie zbyt pozytywnego pierwszego wrażenia. Może przez to, że była to sobota tłum był nie do zniesienia. Aczkolwiek w Japonii w tygodniu nie jest wiele lepiej niż w weekendy. Po pół godziny udało nam się w końcu znaleźć jeden z ośmiu (!) sklepów UNIQLO znajdujących się w okolicach stacji. Przebrałyśmy wszystkie możliwe wzory i w końcu wybrałam czarną w różowo-fioletowe kwiaty. Nie wrzucam na razie zdjęcia, bo padł mi aparat. Ale jak już uda mi się ubrać w cały zestaw to obiecuję wrzucić fotki. A mówię zestaw, ponieważ w niedzielę poszłam na zakupy raz jeszcze. Tym razem z Mamą-san, aby kupić mi geta, czyli specjalne japońskie sandały. Podobno jest już coraz mniej sklepów/szewców z prawdziwymi geta, więc bardzo mi na nich zależało. I udało się kupić je za cenę wyższą niż yukata, ale też i jakość jest dużo lepsza. Ogólnie uważam, że są przepiękne i już nie mogę się doczekać kiedy będzie okazja, żebym je założyła. A wyglądają one o tak:



Przed wyjściem na hanabi taikai muszę trochę poćwiczyć chodzenie w geta, bo nie jest to to samo co zwykłe japonki. :P

A co poza tym się u mnie działo? W sobotę po zakupach umówiłam się z moją nauczycielką japońskiego z Polski – Mayą. Bardzo sympatyczne spotkanie. :) Najpierw przez 15 minut usiłowałam dotrzeć na umówione miejsce na dworcu Shinjuku, ale w końcu jakimś cudem mi się udało. Poszłyśmy do kawiarni, całkiem eleganckiej, ale oczywiście odległość między stolikami nie przekraczała 20 cm. Na szczęście cały czas gadałyśmy po polsku, więc nie było problemów. Tylko trochę dziwię się wszystkim ludziom przychodzącym na randki w takie miejsca. Ale co kto lubi. Później wzięłyśmy się za poszukiwania tortu dla chłopaka Mai, bo miał akurat urodziny. Jeśli chce się kupić ciastko i zjeść je na miejscu nie ma z tym problemu, ale kupienie tortu nie jest już takie łatwe. W końcu udało nam się dotrzeć do jakiegoś (podobno znanego) domu towarowego, gdzie całe jedno piętro było poświęcone słodyczom. No tam to można się wyżyć. Jeśli jesteś na diecie to najlepiej zrobisz wymazując ze swojej świadomości istnienie takich miejsc. Wszystko aż się prosi o zjedzenie. Jakby zdarzyło mi się wpaść tu w depresję to już wiem gdzie się udać, żeby sobie poprawić nastrój. :)) Mam nadzieję, że tort, który wybrałyśmy był smaczny. Wyglądał zachęcająco.

Kolejny punkt dnia to spotkania z Gosią i Karoliną – moje dwie koleżanki z japońskiego w Polsce. Do Gosi uśmiechnął się los i miała okazję „pilnować” mieszkania jakiegoś swojego bogatego znajomego, który wyjechał do Polski. Tak więc miałam okazję pograć sobie w bilard, poznać nowy alkohol – koreańskie makkori (polecam) i podziwiać piękny widok z 16-go piętra wypasionego apartamentowca.



Jeszcze raz, Gosiu, dziękuję za zaproszenie! :*
W poniedziałek natomiast udałam się po raz pierwszy do izakaya, czyli japońskiego baru.Kolejne małe marzenie spełnione. Poszłam z Mamą-san, jej koleżanką z pracy i jej dwójką dzieci. To taka mała próba, przed moim piątkowym wyjściem z grupą! ;) Podstawowa obserwacja: oni chodzą do baru, żeby jeść, a przy okazji się napić, a nie żeby pić i coś przegryźć. Tak więc wypiłam jedno piwo i jedno shochu (25% podobno) a zjadłam z osiem różnych potraw. Wszystko jak zawsze pycha i jak zwykle czego bym nie spróbowała to padało pytanie: jesteś w stanie to zjeść? Smakuje ci? Jakieś wnętrzności kurczaka były trochę gumiaste, ale dałam radę. :) Inne rzeczy były super, tylko niestety nie jestem w stanie spamiętać tych wszystkich nazw. Oni sami nawet nie wiedzieli jak się nazywa jedna ryba jaką jedliśmy. Tak więc pierwsze wieczorne wyjścia za mną. Powoli zaczynam żyć jak normalny człowiek.

piątek, 23 lipca 2010

Historyczny wykład

Jako że mam już wolny dostęp do Internetu w domu zaprzestaję zwyczaju nazywania postów datami i przechodzę do bardziej freestylowych nazw! :)

Historyczny wykład miał miejsce dzisiaj o 17:15 w mojej szkole. A czemu był historyczny? Gdyż był to najciekawszy wykład o historii w moim życiu. Gdybym trafiła na takiego nauczyciela historii jak Nagai-sensei w szkole to pewnie bym nie studiowała zarządzania tylko historię. Tematyka wykładu była taka jak się spodziewałam - Sengoku Jidai, czyli w zaokrągleniu lata 1500-1700 w Japonii. Tłumacząc na polski - Era Wojny.
Ogólnie w tym czasie Japończycy urządzili sobie hitogoroshi party, czyli imprezę morderców. W takim właśnie klimacie był prowadzony wykład przez pana Nagaia. Mówię Wam, w życiu tak się nie uśmiałam słuchając naprawdę poważnych historii. Mam wręcz trochę wyrzuty sumienia, że śmiałam się z ludzkiej tragedii, jaką jest wojna, ale nic nie mogę na to poradzić. W każdym bądź razie wiem, że na następny wykład 20.08 stawiam się na 100%. Całe szczęście, że Toshiko mnie namówiła, żeby iść dzisiaj. W sumie poszłam tam tylko po to, żeby sprawdzić czy z moim japońskim poradzę sobie w zrozumieniu 90-minutowego wykładu o historii. Nie miałam żadnych problemów. A pana Nagaia od dzisiaj ubóstwiam. To jest ten sam przemiły pan, z którym rozmawiałam w sprawie zmiany grupy ze znaków. A wciągnęłam się w historię maksymalnie. Co chwila pojawiały się nowe zdjęcia i obłędne wręcz rysunki. Nie wiem gdzie on się nauczył tak wykładać, ale chętnie wysłałabym tam wszystkich profesorów i doktorów Wydziału Zarządzania UW. Ani przez minutę się nie nudziłam. Aż żałuję, że nie ma takich zajęć co tydzień. Tato, pewnie się cieszysz, że zaczęłam się interesować historią. ;)

A przed wykładem byłam kompletnie wykończona po moich zwykłych zajęciach. Piątki to dzień sakubunu (wypracowania), który jest strasznie wykańczający. Siedzi się 1,5h i pisze jakieś głupoty. Na serio wolałabym, żeby to była praca domowa zamiast pisania w sali. Po sakubunie Nishimura-sensei przeszedł samego siebie, tłumacząc nam jedną konstrukcję gramatyczną przez prawie dwie godziny. Nie wiem jak on to zrobił, ale coś co każdy zrozumiał w 5 minut rozkładał na czynniki pierwsze przez tyle czasu, że już myślałyśmy z Toshiko, że zaraz padniemy. Po zajęciach mówiłyśmy sobie: o Boże, po co my się zapisałyśmy na ten wykład z historii?! Przecież już umieramy. Ale chwała Bogu, że się zapisałyśmy. Obym miała szansę pójść na więcej wykładów w tym stylu kiedy tu jestem. I na wykładzie nawet był jeden kolega z mojej grupy! Więc w końcu w poniedziałek będę miała powód, żeby do niego zagadać. :D

A dzisiaj stwierdziłyśmy z jedną koleżanką, że dłużej tak być nie może i zarządziłyśmy, że w przyszły piątek idziemy po zajęciach całą grupą na nomikai, czyli się alkoholizować. Dziewczyny przyjdą na pewno, tylko pytanie co z chłopakami. Mam nadzieję, że się ogarną i raczą nas zaszczycić swoją obecnością. Prawdopodobnie jak się napiją zaczną się w końcu odzywać z własnej woli. Już się nie mogę tego doczekać.

A w domu obejrzeliśmy sobie Tonari no Totoro. Przypomniał mi się festiwal anime, na którym poszliśmy sporą ekipą na ten film. Ależ to były czasy... Aż się chce zaśpiewać: totoro totoro totoro totoro.


Jak widzicie dzisiejszy dzień był męczący, ale niezwykle wręcz radosny i pełen wrażeń. Zakładam, że moje życie w Tokio będzie już płynąć takim torem aż do mojego powrotu do Polski. Wiem, że jestem trochę naiwna, ale co tam. ;)

czwartek, 22 lipca 2010

Czwartek, 22.07.2010

Zaspałam! Pierwszy raz udało mi się zaspać. Oczywiście nie na tyle, żeby nie zdążyć na zajęcia, które są o 13:30, ale obudziłam się o 11 zamiast o 8:30. Miałam za to okazję obejrzeć kawałek Króla Lwa po japońsku, bo Mai-chan ma teraz wakacje i chyba będzie siedzieć teraz często w domu, a jest fanką wszystkiego co dziecinne, stąd też seans Króla Lwa. Żeby nie było: do obiadu oglądaliśmy Króla Lwa 2. :D Zastanawiam się czy ona wybrała zawód przedszkolanki, bo jest dziecinna, czy może przez to że jest przedszkolanką interesuje się rzeczami dla dzieci. Raczej obstawiam to pierwsze.
A na zajęciach znowu było wesoło. To mi się coraz bardziej podoba. Z dnia na dzień robie się coraz ciekawiej. Trudno jest podać jakieś konkretne przykłady czemu tak uważam, ale ogólnie atmosfera się poprawia. Dzisiaj nawet w trakcie zajęć kilka razy wywiązała się dyskusja pomiędzy uczniami, co do tej pory raczej nie miało miejsca. Oczywiście jedną stroną w tej dyskusji byłam ja! Mimo, że uważam, że inni mają wyższy poziom japońskiego niż ja to i tak gadam na zajęciach, bo inaczej bym się zanudziła na śmierć. Teraz rozumiem już tego koreańskiego Bartka Lesnera, który spał na zajęciach w ciągu poprzednich dwóch tygodni. Bo teraz już nie śpi! I jest jedynym chłopakiem który jest aktywny. Dzisiaj powiedział, że zdał JLPT 1kyuu, ale coś nie chce mi się w to wierzyć. [JLPT – Japanese Language Proficiency Test, 1kyuu – poziom pierwszy, czyli najwyższy] Ja mam zamiar w grudniu zdawać dwójkę… Tak czy siak, najważniejsze, że w końcu zajęcia stają się najciekawszym, a nie najnudniejszym punktem dnia.
Gadałyśmy dzisiaj z dziewczynami, że trzeba coś z robić z chłopakami, żeby zaczęli się odzywać i zaproponowałam, żebyśmy gdzieś razem wyszli, ale nie wiedziałyśmy za bardzo gdzie. Za to w trakcie zajęć wpadłam na wspaniały pomysł! Musimy pójść grupą na hanabi taikai. Akurat dzisiaj rozmawialiśmy o hanabi taikai na zajęciach i wygląda na to, że wiele osób chciałoby pójść. Przy okazji wypłynęła sprawa yukat, bo tak jak pisałam w poprzednim poście, na hanabi taikai można się w nie ubrać i już mi koleżanki i sensei doradziły gdzie powinnam sobie yukatę sprawić. Bo mam ją dostać od rodziców na imieniny. :D Już się nie mogę doczekać weekendu, kiedy pójdziemy z Toshiko na zakupy. :D W domu w Warszawie już mam jedną, którą dostałam od mojej Japońskiej koleżanki Sayori, ale niestety nie zmieściła się już do walizki. Ale jak to się mówi: nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – będę miała nową. A zaraz zacznę research wszystkich pokazów sztucznych ogni w mieście. Trzymajcie za mnie kciuki, żeby pomysł spotkał się z pozytywnym odbiorem wśród grupy.
Z innych ciekawostek to dzisiaj skończyłam moją pierwszą książkę po japońsku!! 170 stron! Wybrałam sobie możliwie najprostszą tematykę, żebym mogła czytać w metrze bez użycia słownika, więc zdecydowałam się na romans. Tytuł: Wrota do miłości. W życiu bym czegoś takie gonie przeczytała po polsku, ale czego się nie robi dla japońskiego. ;P Był to strzał w dziesiątkę. Poradziłam sobie z e zrozumieniem bez większych problemów. Oczywiście jeszcze jest wiele znaków, których nie znam, ale z kontekstu można było się wszystkiego domyśleć. Czekam teraz na oklaski. ;)
I chce mi się iść na imprezęęę! Jestem na tyle zdesperowana, że chyba za chwilę zacznę słuchać Lady Gagi w Internecie. :P

Środa, 21.07.2010

Dzisiejszy dzień upływa pod jednym hasłem: HITORI DE DEKIRUMON. Dla niewtajemniczonych, jest to mój ulubiony, ubóstwiany, ukochany japoński tancerz freestyle’owy. Jest dla mnie półbogiem i w ogóle, jak macie czas to zobaczcie sobie go na youtubie. ;) Ale o co chodzi. Otóż weszłam rano na jego bloga i co widzę? 13 sierpnia będzie event, na którym wystąpi Hitori. Oprócz niego będą też inni tancerze, za którymi przepadam, więc po prostu muszę tam być. Póki co nie mam jeszcze z kim tam pójść, ale mam nadzieję, że do sierpnia uda mi się tu nawiązać w końcu jakieś znajomości. Powiem Wam szczerze, że umieram tu z powodu niedoboru znajomych. To już nie chodzi o to, że tęsknię za Wami Najgorsi, tylko że w ogóle brakuje mi znajomych w moim wieku. Zdałam sobie właśnie sprawę, że jedyny facet z którym rozmawiam od kiedy tu przyjechałam to Tata-san. Co za porażka!! Jak w ciągu najbliższego tygodnia nic z tym nie zrobię wpadnę chyba w depresję. I tu dochodzimy do problemu z moją grupą z japońskiego. Nie wiem czemu chłopcy w tej grupie są tacy aspołeczni. Teraz i tak już jest lepiej niż na początku, bo atmosfera na zajęciach się trochę rozgrzewa, jest coraz więcej żartów i rozmów nie na temat, ale nadal nigdzie razem nie wychodzimy. Koniecznie trzeba to zmienić! Tak uważam ja i Toshiko. Z tym, że Toshiko jest na kursie tylko do przyszłego piątku, więc aż tak bardzo jej nie zależy na socjalizacji naszej grupy jak mi. Ale będę walczyć! :)
A wieczorem zamiast się uczyć znaczków dałam się namówić Mamie-san na piwo, bo w tym domu nikt poza nią nie pije. Więc ona się napiła piwa, ja chu-haia i następnie obejrzałyśmy sobie razem moją ulubioną dramę tego sezonu Hotaru no Hikari 2. Dramy z kimś ogląda się jeszcze fajniej niż samemu. I to chyba tyle przemyśleń jak na dzisiaj.

Wtorek, 20.07.2010

Dzisiejsze zajęcia bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Najpierw były znaki – Nishimura-sensei wziął sobie do serca nasze narzekania na za niski poziom grupy i stwierdził, że w książce jest za mało słownictwa i sam przygotowuje teraz trzy razy więcej słów, w dużej mierze pokrywających się z materiałem z podręcznika z wyższego poziomu (tego który sobie kupiłam). Dlatego dzisiaj już się kompletnie nie nudziłam i miałam okazję poznać sporo nowych złożeń. Oby tak dalej. Ale największym przebojem było wtargnięcie jednej koleżanki z mojej grupy w połowie kolejnych zajęć. Dwudziestoośmioletnia Tajwanka wchodzi do sali i gada do siebie „źle się czuję, źle się czuję, źle się czuję”. No to oczywiście pada pytanie: a co się stało? I dziewczyna zaczyna monolog na kilka minut zaczynający się od zdania: Japończycy to najgorsi faceci na świecie. xD Okazuje się, że Hori, bo tak ma na imię owa dziewczyna, chodzi od jakiegoś czasu z Japończykiem i się ostatnio zaczęli jakoś bardzo kłócić. Dzisiaj też się najwidoczniej pożarli. Od razu zaczęła opowiadać jakieś historie o jakichś koleżankach, kolegach, jakimś zapraszaniu się gdzieś i nie wiem czym tam jeszcze, bo gadała z prędkością torpedy. Aż wszystkim szczęki opadły, że potrafi tak dobrze mówić. Ale jej sposób dobierania słów jest rozbrajający. Niestety nie jestem w stanie przetłumaczyć tego na polski tak żeby nadal było to równie śmieszne, więc musicie mi wierzyć na słowo. Ogólnie dzięki temu jej wybuchowi całe zajęcia były jakieś żywsze niż zwykle. Mam nadzieję, że taka atmosfera będzie też jutro, bo od razu inaczej się pracuje, kiedy ludzie dookoła Ciebie nie śpią nad książkami od razu bardziej chce się uczyć.
A na obiad były korokke, do tej pory byłam przekonana, że to nasze polskie krokiety, ale troszkę się pomyliłam. Wierzch owszem jest taki sam – chrupiąca skórka, jednak wewnątrz nie ma naleśnika z nadzieniem, tylko jest puree ziemniaczane. I krokiety te są bardziej okrągłe niż podłużne. A do tego była prawdziwa najnormalniejsza w świecie bułka paryska! Myślałam, że nie mają tu takich rarytasów, a jednak!
Upał w Tokio coraz bardziej daje mi się we znaki. Brak zieleni coraz bardziej mi przeszkadza. Chyba znowu na weekend trzeba będzie się gdzieś wybrać. Jeszcze nie w wyczaiłam czy się szykują jakieś pokazy ogni sztucznych, więc muszę zbadać sprawę. A tym czasem kładę się spać…

Poniedziałek, 20.07.2010

Dziś jest w Japonii święto państwowe – Dzień Morza, więc zajęć niestety nie było. Miałam plan, żeby pojechać do akwarium niedaleko od mojego domu, ale jak się obudziłam byłam tak zmęczona po weekendzie, że sobie darowałam ten pomysł. Upał był na tyle nieznośny, że nigdzie się z domu nie ruszyłam nawet. Spędziłam dzień głównie na czytaniu książek i nadrabianiu zaległości w znakach, bo wczoraj po powrocie nie miałam już sił na naukę. Czyli ogólnie nudy. Były tylko dwa ciekawe elementy – program telewizyjny o znanym japońskim niewidomym pianiście i obiad. Program był interesujący, bo część reportażu była kręcona w Warszawie. :) Miło zobaczyć coś związanego ze swoim krajem kiedy się mieszka na drugim końcu świata. Na koniec programu pianista zagrał nawet jeden z mazurków Chopina. A na obiad były chińskie pierożki gyoza. Wszyscy je zachwalają i ja również się do grupy fanów gyozy od dzisiaj przyłączam. Jak gdzieś będziecie mieli okazję ich spróbować to próbujcie koniecznie, bo warto. Pierożki Mamy-san mają mniej mięsa a więcej warzyw niż w restauracji, ale te w restauracji na pewno też są pyszne. Wieczorem miałam okazję zobaczyć pierwszy odcinek nowej dramy z Matsujunem. Muszę powiedzieć, że trafiłam na jakiś wyjątkowo słaby sezon, bo póki co żadna drama mnie specjalnie nie poraziła. Moja teoria, że sezon letni jest zawsze najnudniejszy niestety znowu się potwierdziła. Trochę żal, ale dramę z Matsujunem i tak będę oglądać, choćby nie wiem jak beznadziejna nie była. Desperacja przeze mnie przemawia trochę.

Niedziela, 18.07.2010

Dzisiaj po raz pierwszy udałam się „za miasto”. Piszę w cudzysłowie, gdyż od Tokio do Yokohamy jedzie się pociągiem pół godzinki, a za oknami bez przerwy widzimy miejski krajobraz, stąd można pomyśleć, że to wciąż Tokio. :) Na wycieczkę pojechałam z Karoliną i Toshiko. O tyle o ile z Karoliną umówiłam się na stacji przez którą jeżdżę codziennie i już ją dobrze znam, to z Toshiko umówiłyśmy się na dworcu w Yokohamie. I to nie był najlepszy pomysł, bo rozmiar tamtego dworca jest przytłaczający. Hasło było, że jeśli ni znajdziemy się przy wyjściu z dworca to spotkamy się przed wejściem do podziemnego centrum handlowego, tylko oczywiście nie wzięłyśmy pod uwagę, że centrów takich może być kilka. :P Ale na szczęście komórki nas uratowały i jakoś siebie odnalazłyśmy. Dzisiaj były w planie dwa punkty podróży: China Town i pokaz sztucznych ogni wieczorem. Cóż mogę powiedzieć – moje pierwsze China Town w życiu, ale bez większych rewelacji. Chińczycy są znacznie mniej mili od Japończyków, więc trochę dziwnie się tam czułam. Przez dwa tygodnie zdążyłam się już przyzwyczaić, że jak wchodzisz do sklepu lub restauracji to wszyscy skaczą wokół Ciebie i traktują Cię jak półboga. A tutaj powrót do polskiej rzeczywistości. No ale przynajmniej zjadłam kilka smacznych rzeczy, które polecali mi rodzice-san, czyli: gomadango (kulki sezamowe, podobne do tych z Wooka), babeczkę kokosową (tak jakby u nas nie było :p) i nikuman (czyli bułka na ciepło z mięsnym nadzieniem, ciasto jest lekko słodkawe, ale bardzo smaczne). Były też jakieś świątynie, gdzie się paliło mnóstwo kadzidełek. To ma jakiś związek ze zmarłymi, ale ja się za bardzo nie orientuję. A sklepy to taki typowy chiński bazar w stylu naszego Stadionu Dziesięciolecia . Najbardziej podobał mi się ten sklep:



Potem udałyśmy się do parku Yamashita, znajdującego się nad morzem na pokaz sztucznych ogni. Poznałam tam moje dwie nowe miłości: hanabi taikai, czyli właśnie pokaz sztucznych ogni, oraz chu-hai, czyli gazowany napój alkoholowy (tylko 6%) w różnych owocowych smakach. Ja piłam cytrynowy, ale są też na pewno grapefruit i brzoskwinia i kto wie co jeszcze. Na zdjęciu poniżej ja i chu-hai :)



A teraz trochę więcej o hanabi taikai. Ogólnie to jest taki duży piknik. Ludzie przychodzą z kacykami/matami, przynoszą jedzenie i napoje, część ubiera się w yukaty, czyli letnie kimona, jest scena z jakąś muzyką na żywo, budki z przekąskami na ciepło i piwem, ogólnie cudowna atmosfera. Ja się czuję w takich miejscach jak ryba w wodzie, więc już postanowiłam, ze jak tylko będę mogła to będę chodziła na każdy możliwy hanabi taikai w Tokio, jaki będzie, a ma być ich trochę, bo sezon dopiero się zaczyna. Już się nie mogę doczekać kolejnego wyjścia. :) Szkoda tylko, że w Polsce coś takiego jest kompletnie niemożliwe do realizacji. Gdyby u nas można było pić w miejscach publicznych i na takich dużych zgromadzeniach otwartych, to pewnie strach by było tam się w ogóle pojawiać. A wygląda to mniej więcej tak:



Jak widać na załączonym obrazku, siedzi człowiek na człowieku, ale nikomu to zupełnie nie przeszkadza. Jest sporo rodzin z małymi dziećmi, ale chyba najwięcej jest par randkujących.
Posiedziałyśmy z dziewczynami, pogadałyśmy, napiłyśmy się chu-haia i piwa, a potem zaczął się pokaz właściwy. Trwał mniej więcej 20 minut i przy każdym ładniejszym wybuchu rozlegały się gromkie brawa na terenie całego parku. Obłęd. Oczywiście odruchowo wczuwasz się w atmosferę i zaczynasz wołać tak jak wszyscy: łooo, ale piękne, suuuper, itd. itp. Jak wiecie nie jestem specjalistą od robienia zdjęć, więc wrzucę to co jest najbardziej znośne, ale oczywiście w żaden sposób nie oddaje to wrażenia jakie robią prawdziwe fajerwerki. Tam trzeba po prostu być.





Była ogromna różnorodność fajerwerków – wysokie i niskie, duże i małe, jednokolorowe i wielokolorowe, okrągłe, w kształcie serduszek, uśmiechniętych buzi i pyszczków kota. Koty zrobiły chyba największą furorę.
To drugie zdjęcie to finałowy wybuch. Toshiko mówi, że zawsze na koniec są wielkie złote fajerwerki. Mam nadzieję, że już wkrótce sama się o tym przekonam. Oszalałam kompletnie na punkcie hanabi taikai. Chyba póki co to był dla mnie najbardziej udany dzień, od kiedy tu jestem.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Sobota, 17.07.2010

Dzisiaj miała być Yokohama, ale wyszła z niej Odaiba, Ginza i Ueno. Ale po kolei. Cały dzień spędziłam z Karoliną. Najpierw umówiłyśmy się w Shinbashi, żeby pojechać do Odaiby, czyli dzielnicy nad morzem. W końcu mamy lato, więc wypadałoby się wybrać nad morze chociaż raz. Pogoda była cudowna. Trochę za gorąco, ale i tak jak na tutejszą aurę lepiej być nie mogło. Mówiąc morze mam na myśli Zatokę Tokijską, a nie otwarte morze, ale to i tak już coś. Podstawową zaletą Odaiby jest brak tłumu ludzi, gdzie się nie spojrzy. Mogłyśmy więc sobie spokojnie spacerować i robić zdjęcia ile nam się żywnie podobało. Tak naprawdę w Odaibie nie ma żadnych większych atrakcji poza wodą i wiatrem, więc nie dziwne, że tłoku nie było. Ja za to miałam okazję spełnić jedno ze swoich małych marzeń i zobaczyć żyrafy nad morzem. Oto i one:



Mam nadzieję, że też je widzicie.
Z innych atrakcji była jeszcze Statua Wolności i budynek Fuji TV, który wygląda o tak:



Tak się złożyło, że dzisiaj był tam jakiś event i był tłum ludzi, ale wstęp był płatny, więc sobie podarowałyśmy wejście do środka. Może jeszcze kiedyś będzie okazja… Następnie trafiłyśmy do sklepu/kawiarni dla ludzi chorych na punkcie kotów. Można tam kupić dosłownie wszystko w kotki – zeszyty, długopisy, ubrania, naczynia, figurki, naklejki, jakieś ramki i stojaki – jednym słowem same bezużyteczne bzdety, których ja w życiu nie kupię. To były produkty dla ludzi, ale oczywiście jest też dział z produktami dla kotów – zabawki, ubranka (w tym czapki), obróżki, miski, jakaś elektroniczna kuweta i Bóg jeden wie co jeszcze. Jak dla mnie zboczenie. :P
Po tym ciężkim dla mnie przeżyciu postanowiłyśmy się przejść Rainbow Bridge (ten za mną).



Szłyśmy pod wiatr, więc nie było lekko, musiałam cały czas trzymać kapelusz w garści i trochę ciężko robiło się zdjęcia, ale trudno się mówi. Po moście chciałyśmy pójść do jakiegoś znanego japońskiego ogrodu, ale ponieważ była 16:30 to już nie udało się nam wejść. Nie rozumiem opcji z zamykaniem atrakcji turystycznych o godzinie 17. Po porażce z ogrodem chciałyśmy przejść się na piechotę do Shinbashi, żeby stamtąd pojechać do parku Ueno na matsuri. Tylko jakoś tak nam wyszło przypadkiem, że znalazłyśmy się w Ginzie, czyli dzielnicy z najdroższym pasażem handlowym w mieście. Są tam wszystkie markowe sklepy, które w Warszawie będą się pojawiać jeszcze przez najbliższe 5-10 lat. Z fasad najbardziej przypadł mi di do gustu Swarovski.



Następnie udałyśmy się do Ueno na matsuri. Kiedy byłam tam tydzień temu i zachwycałam się zespołem z Okinawy do amfiteatru wejść mógł każdy. Tym razem były bilety. Nie wiem czemu w tym kraju ciągle trzeba za wszystko płacić. Żałuję, że na wizie turystycznej nie można pracować, bo oszczędzanie mnie dobija znacznie bardziej niż w Warszawie. Jest tyle miejsc, w które chciałabym pójść i tyle rzeczy, które chciałabym kupić, że musiałabym wygrać w totka, żeby zrealizować wszystkie plany tutaj. Ale wróćmy do matsuri. Szczerze mówiąc to się troszkę zawiodłam. Było tylko kilka budek z jedzeniem, za to sporo sklepików z tandetą i te bilety do amfiteatru. Ludzie też nie było zbyt dużo. Dziwne jak na to miasto. Zjadłyśmy świeżą yakisobę, szybko się stamtąd zwinęłyśmy i poszłyśmy zwiedzić bazar Ameyoko. Tam za to bardzo mi się podobało. W przewodniku piszą, że jest to pozostałość po czarnym rynku, kwitnącym tam po Drugiej Wojnie Światowej. Teraz można tam kupić głównie ubrania i jedzenie. No i tyle w sumie zwiedziłyśmy dzisiaj. Jutro kolej na Yokohamę. :)

piątek, 16 lipca 2010

Piątek, 16.07.2010

Powoli zaczynam tracić wiarę w to miasto jeśli chodzi o Internet. Ledwo co się dowiedziałam, że w szkole można korzystać z sieci kiedy się chce i ile się chce to jednak się okazuje, że to nieprawda. Dzisiaj przyjechałam półtorej godziny wcześniej na zajęcia, umówiłam się z rodzicami na skypie i co się okazuje? Że sala z Internetem jest teraz zajęta i nie można z niej korzystać! Jakby nie mieli gdzie robić spotkań. Już mnie cholera bierze. Aby odreagować poszłam na spacer do najbliższego parku jaki mi się udało znaleźć i co? Tutaj nie ma ani jednej sieci! Nawet sieci z zabezpieczeniami nie ma. A siedzę tuż pod Nippon Budokan, czyli takim wypasionym stadionem, gdzie są wszystkie najważniejsze mecze baseballu i chyba też jakieś duże koncerty. Po prostu nie wierzę! W parku jest przynajmniej trochę cienia i ławki, towar wyjątkowo deficytowy w Tokio. Może nie w całym Tokio, ale póki co we wszystkich dzielnicach, w których byłam nie ma miejsca, żeby posiedzieć na powietrzu. Coraz bardziej zaczynam tęsknić za Warszawą. Chyba jak wrócę to pierwszy tydzień przesiedzę we wszystkich możliwych parkach warszawskich, żeby sobie odbić tutejszy niedobór zieleni i powietrza.
Więc ostrzegam Was, moi Drodzy, jeśli wydaje Wam się, że Japonia do XXVI wiek jeśli chodzi o technologię, to Internet jest kilka lat w tyle za Polską. Mam tu na myśli dostępność. Bo żeby w sieciowej kawiarni z Internetu można było korzystać max przez 10 minut to się mi w głowie nie mieści. Ale jak już Internet jest to śmiga jak szalony oczywiście. Co tylko bardziej mnie irytuje.

***

No nie wierzę. Przyszłam teraz (po zajęciach) to sali z Internetem i co? Okazuje się, że jak chcę skorzystać z Internetu na własnym laptopie muszę poczekać aż jakiś komputer zrobi się wolny, wyciągnąć z niego kabel sieciowy i podłączyć dopiero swojego laptopa. Do tego kabel jest tak krótki, że ledwie jestem w stanie teraz pisać. Ciekawe czy uda mi się wrzucić wszystkie posty w takich warunkach.

***

Stał się cud! Udało mi się wszystko zupdate'ować. Pierwszy raz piszę na tym blogu w czasie rzeczywistym. xD Przedziwne uczucie. Ale może jeszcze kiedyś mi się to uda. Teraz już kończę, bo czas wracać do domu na obiad.

Czwartek, 15.07.2010

Dzisiaj przed zajęciami umówiłam się z koleżankami na matsuri w pobliżu szkoły. Matsuri to taki festyn uliczny. Rozstawiają się budki z różnymi przekąskami, głównie grill, słodycze i napoje. Poza tym są jakieś gry dla dzieci w stylu łowienia złotych rybek, czy jakichś plastikowych piłeczek. Ponieważ poszłyśmy tam przed południem ludzi było mało. Wszystko rozkręca się popołudniu, ale wtedy ja mam zajęcia oczywiście, więc nie wiem co się działo.
Usiłowałam dzisiaj zrobić coś z moimi zajęciami ze znaków. Po zajęciach zostałyśmy z Toshiko w Sali, żeby porozmawiać z naszym senseiem. Powiedziałyśmy, że już uczyłyśmy się tych wszystkich znaków i trochę to dla nas jest bez sensu. W trakcie tej rozmowy weszła jakaś babka i powiedziała, że słyszy o czym rozmawiamy i że wszyscy uczniowie mówią to samo, ale jak chcemy możemy później przyjść do biura i zobaczyć wynik swojego testu. Ja od razu powiedziałam, że wiem, że test poszedł mi beznadziejnie, ale teraz uczę się czegoś co już umiem. Ale nic nie dało się zrobić, bo musiałyśmy iść na następną lekcję w innym budynku. Swoją drogą to strasznie niemiła była ta kobieta – pierwszy taki przypadek od kiedy tu przyjechałam. Może dlatego tak się z Toshiko zdenerwowałyśmy. Jak później gadałyśmy z koleżanką to ona powiedziała, że też próbowała się przenieść i jej nie pozwolili. I też mówiła, że ta kobieta jest jakaś niemiła. Dlatego strasznie nie chciałam iść do biura, żeby nie trafić na tę kobietę, ale i tak poszłam, bo coś trzeba było zrobić z tą sytuacją. Na całe szczęście trafiłam na jakiegoś przesympatycznego młodego pana. Zupełnie inna rozmowa niż z tamtą babką. Miło, sympatycznie, widać było, że chce mi jakoś pomóc i w końcu ustaliliśmy, że kupię sobie książkę do wyższego poziomu i sama się będę z niej uczyć, a na początku sierpnia będzie kolejny egzamin poziomujący i wtedy będę mogła awansować na wyższy poziom. To jest chyba jedyne sensowne rozwiązanie w tym momencie. I tak znaków uczy się głównie w domu, a nie na zajęciach. Więc teraz mam postanowienie, żeby codziennie uczyć się znaków z dwóch poziomów jednocześnie. Dość ambitne zadanie, ale powalczę. W szczególności, że książki są tak skonstruowane, żeby ucząc się codziennie opanować cały materiał w ciągu 6 lub 8 tygodni. A w szkole zajęcia ze znaków są tylko 2 razy w tygodniu i przez cały semestr planem jest przerobienie połowy pierwszej książki. Dziwna sprawa. Poza tym nadal czytam codziennie Murakamiego, co też zabiera sporo czasu, a na podróże metrem kupiłam sobie jakieś romansidło, żebym nie musiała do jego czytania używać słownika. Muszę w ciągu tych 3 miesięcy nauczyć się kilkuset znaków i koniec.

A żeby nie było tak poważnie to pochwalę się kolejnym kulinarnym doświadczeniem. Dzisiaj jadłam lunch jak prawdziwy salariman – anpan i mleko. Anpan to jest bułka z nadzieniem z anko, czyli słodkiej pasty z fasoli – palce lizać! I poniekąd zdrowe. ;)

Środa, 14.07.2010

Moje przemyślenia ze środowego poranka: Hasebe Makoto – kapitan japońskiej reprezentacji – jest mega ciachem!! Nie wiem czemu tego do tej pory nie zauważyłam. :P I tutaj przechodzę do ważniejszej obserwacji: japońska telewizja jednak jest niesamowita. Gdyby nasza drużyna była w takiej samej sytuacji co reprezentacja Japonii to po powrocie do kraju tylko słyszałoby się kogo trzeba wywalić i kogo wymienić, żeby więcej nie dochodziło do takich porażek. A drużyna Japonii wraca i jest traktowana mniej więcej jak nasi siatkarze, kiedy zdobyli złoto. Codziennie są gośćmi w różnych programach i opowiadają historię swojego życia, czemu zaczęli grać w piłkę, przynoszą zdjęcia z dzieciństwa, opowiadają o przyjaźniach wewnątrz reprezentacji, itd. Póki co widziałam wywiady z Nakazawą, Hondą i biednym Komano. Komano ogólnie jest jeszcze cały czas załamany, ale wszyscy go pocieszają i mówią, żeby się nie przejmował. Wszyscy piłkarze są wylansowani, większość jest wygadana jak gwiazdki telewizji. Dwa światy w porównaniu z nami. Ale Hasebe – rewelacja – powalający uśmiech, miły głos, poczucie humoru, czego chcieć więcej od piłkarza? :PP I jest tylko rok starszy ode mnie! Nie cierpię kiedy sławni ludzie są w moim wieku. Czuję wtedy, że sama nic w życiu nie osiągnęłam… Ech, kiedy my się doczekamy takiej drużyny piłkarskiej?
W czasie zajęć doznałam szoku. Otóż mam w grupie jednego Koreańczyka, który już od pierwszych zajęć wydawał mi się dziwnie znajomy, ale jednocześnie wiedziałam, że nigdy wcześniej go nie widziałam. I dzisiaj nagle odkryłam o co chodzi! Ten chłopak ma głos identyczny jak Bartek Lesner!! (dla niewtajemniczonych, to mój kolega z wydziału) Nawet manierę mówienia i wyraz twarzy ma taki sam! Poza tym wygląda kompletnie inaczej. Niesamowite – koreański Bartek Lesner mi się trafił w grupie. Czyż świat nie jest mały? A i z ciekawostek to ten gościu śpi na każdych zajęciach. A siedzi w pierwszej ławce. Czad. W zasadzie to jest jedyny ciekawy chłopak w mojej grupie. Reszta jest strasznie zamulona. Dziewczyny za to wszystkie są przesympatyczne. Na jutro umówiłyśmy się przed zajęciami na matsuri, ale nie wiem dokładnie co się będzie działo. W każdym bądź razie yukaty nie zamierzam zakładać. :P
Dzisiaj mieliśmy w domu dwóch gości. Najpierw przyszła sympatyczna pani, o której już dużo słyszałam i która nosi ksywę „talking monster”. Przyniosła dango. Tak, tak, ot samo dango co hana yori dango. Dwa rodzaje: jeden z anko, a drugi z jakimś słodkawym sosem. Obydwa pyszne, ale z sosem bardziej mi smakowały. Nie pamiętam jeszcze jak się ta pani nazywa, ale faktycznie gada bez przerwy. I bardzo jej smakowała nalewka mojego taty. :) A tata-san powiedział, że bardzo dobra jest nalewka z kawy i żeby mój tata spróbował taką zrobić. Mimo, że sam nie pije alkoholu to gadać o nim potrafi bez problemów. :P A drugim gościem była jakaś tam córka koleżanki z pracy Mamy-san. Dziewczyna przyjechała na rowerze, żeby pożyczyć jakąś marynarkę, a wystrojona była jakby szła na imprezę. Miała szkła kontaktowe zmieniające kolor na brązowy i przyklejane rzęsy. Fryzura i makijaż też oczywiście perfekcyjne. Później jak poszła strasznie długo gadaliśmy o różnych głupotach. O dziwo telewizor był cały czas wyłączony. Tata-san znowu tworzył swoje teorie, na których końcu zawsze pojawia się tekst „tak mi ostatnio powiedział Pan Bóg”. xD Jak na Japończyka to całkiem często rozmawia z Bogiem.
Z tego wszystkiego zapomniałam, że dziś leci Hotaru no Hikari i zdążyłam na samą końcówkę. Porażka. Od dzisiaj będę zapisywać w kalendarzu, kiedy mam coś obejrzeć.