Poniżej słynna Tokyo Tower, do której muszę się w końcu wybrać.
I moje zboczenie, a zarazem kolejny powód dla którego niedługo znów zawitam w Roppongi – teatr Blue Man Group.
Trochę czasu się nam zeszło na podziwianiu panoramy Tokio, więc następnie udaliśmy się prosto na pokaz sztucznych ogni. Jak to dobrze, że umówiłam się z Japończykiem – kompletnie niczym się nie musiałam przejmować, jaką linią metra trzeba jechać, gdzie pójść, żeby było wszystko dobrze widać. Gdzie kupić coś do jedzenia. Pełen luz. Około 17:30 znaleźliśmy sobie miejsce, zostawiliśmy tam część rzeczy (takie coś wchodzi w grę chyba tylko w Japonii) i poszliśmy kupić coś do jedzenia. Padło na yakitori, czyli grillowanego kurczaka. Teoretycznie. Bo w praktyce to oprócz kurczaka miałam okazję zjeść też tan, czyli grillowany język krowy – nie wiem jak się na to po polsku mówi. Ozorki? W każdym bądź razie każdy z pięciu rodzajów mięsa był bardzo smaczny. Jak kiedyś przyjedziecie do Japonii to najlepiej nie pytajcie co dostaliście na talerzu tylko najpierw spróbujcie czy Wam smakuje, a potem dowiedzcie się co jedliście. Ja nie mam z tym żadnych oporów, więc zawsze pytam co jem, ale jestem pierwszą taką osobą tutaj u mojej host family. Do tej pory każda dziewczyna czegoś tam w ogóle nie chciała wziąć do ust. Jak to dobrze, że mi żadne jedzenie nie jest straszne. Dzięki temu mogę poznać wiele twarzy Japonii, bo tak naprawdę życie Japończyków w dużej mierze kręci się wokół jedzenia. Ale wyszła mi tu jakaś dygresja, a ja przecież o fajerwerkach miałam pisać. A fajerwerki tym razem były wprost obłędne. Znacznie piękniejsze niż wszystkie które widziałam do tej pory. Nie wiem czy to przez to, że w piątek przeżyłam jedne z najcudowniejszych chwil w moim życiu czy jak, ale naprawdę tym razem sztuczne ognie ścięły mnie z nóg. Napstrykałam tyle zdjęć ile tylko mogłam, ale niestety nie oddają one w żaden sposób piękna widzianego własnymi oczami. Już tata-san mówi na mnie hanabi-onna, czyli kobieta sztucznych ogni, przez to, że za każdym razem się tak nimi zachwycam. Ale zobaczcie, czyż nie są piękne?
Po fajerwerkach miałam jeszcze okazję zobaczyć jeden z najbardziej urzekających widoków Tokio czyli Rainbow Bridge nocą. To ten sam most, który przeszłam cały na piechotę podczas wycieczki do Odaiby. Chyba wtedy napisałam nawet, że marzę o tym, żeby zobaczyć go po zachodzie słońca. No i w sobotę mi się udało. A wyglądało to mniej więcej tak:
Jak dla mnie miejskie piękno w czystej postaci.
Jak więc widzicie sobota była kontynuacją rewelacyjnego piątku i tutaj rodzi się moje postanowienie. A mianowicie, postanowiłam, że przez mój pozostały pobyt w Tokio nie będę się na nic skarżyła i na nic narzekała. Zbyt wielkie szczęście mnie spotkało w tym tygodniu, żebym mogła sobie pozwolić na luksus narzekania. [teraz jak to piszę to zastanawiam się, czy abym przypadkiem już o tym nie pisała w moim poprzednim poście bez ładu i składu] W każdym bądź razie co by się nie działo już na nic nie będę narzekać. Co więcej nie zamierzam się niczym przejmować. Jak się pojawią jakieś nowe dziwaczne zasady w szkole to po prostu sobie przypomnę piątek 13-go sierpnia i nic mi nie będzie przeszkadzało. Mam zamiar żyć jak najdłużej na całej pozytywnej energii, którą zdobyłam w piątek. I myślę, że naprawdę może się mi to udać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz