piątek, 6 sierpnia 2010

Spokojny tydzień

W tym tygodniu nie działo się nic specjalnie interesującego. Upał cały czas doskwiera, ale da się żyć. Interesujące rzeczy zaczynają się już niedługo, bo dzisiaj idę na hanabi taikai!! Co więcej idę w yukacie i geta, czyli będzie pełny wypas. Chyba zaraz zacznę się szykować, żeby się ze wszystkim wyrobić.

Jestem lekko nieprzytomna, bo wczoraj to późna nie spałam. Odkryłam, że idiotyczna japońska telewizja daje najciekawsze (dla mnie) programy o 2 i 3 w nocy. Normalnie myślałam, że rzucę czymś w telewizor jak o 2:30 go włączyłam i zobaczyłam program o street dancerach. A za dnia non-stop tylko żarcie, żarcie, żarcie i jakaż to Japonia jest piękna i wspaniała. Chyba muszę się zakręcić za jakimś programem telewizyjnym, żeby sprawdzić ile naprawdę wartych obejrzenia rzeczy po prostu przesypiam.

Rano obudził mnie telefon. Nieznany numer. Gościu się przedstawia, a ja półprzytomna nie wiem w ogóle o co chodzi. Dopiero po chwili się zorientowałam, że dzwoni do mnie mój znajomy, którego poznałam na facebooku, bo wczoraj mu napisałam maila. Przesympatyczny człowiek. Rozmawialiśmy przez 10 minut. To moja najdłuższa rozmowa telefoniczna po japońsku w życiu! Jestem z siebie dumna, bo wszystko rozumiałam. Ale widać, że on często rozmawia z obcokrajowcami, bo mówił dość powoli i wyraźnie. Tak czy siak jest super, bo do tej pory zawsze się okropnie stresowałam, gdy miałam rozmawiać z jakimś Japończykiem przez telefon. Od dzisiaj no more fear! :D

A jutro jedziemy nad morze!! :D I to nie byle jakie morze tylko nad Ocean Spokojny! Pierwszy raz w życiu zobaczę ocean, więc moje szczęście nie zna granic. Jedynym wyzwaniem będzie pobudka, bo umówiliśmy się o 8 rano na stacji, która jest już poza Tokio, a dojazd tam zajmie mi pewnie z godzinę. Ale czego się nie zrobi dla oceanu. Tak się zastanawiam, że nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam nad morzem. O! Przypomniałam sobie. Byliśmy z Bartkiem w Koszalinie, kiedy uczyłam się do poprawki z marketingu, czyli to był 2 albo 3 rok. Kawał czasu temu. Tym bardziej nie mogę się doczekać wycieczki. :)

W szkole, zgodnie z moimi przewidywaniami jest cały czas wesoło. Wczoraj namawiałam pana Nishimurę żeby za tydzień zamiast wypracowania puścił nam jakiś film. Kurczę, jakby się udało to wszyscy byliby w siódmym niebie, bo mamy już serdecznie dosyć pisania tych głupot w czasie zajęć.

Przy okazji wrzucam zdjęcie Hori-san, zwariowanej Tajwanki, o której już wcześniej Wam pisałam, jak to się kłóci ze swoim chłopakiem. Czyż nie jest przesłodka?



I na koniec odrobina szpanu - moja pierwsza 100% frekwencja. :)



Oczywiście nie umywam się do mojego kumpla Gillesa, który zaliczył 100% frekwencję dziesiąty miesiąc z rzędu. Ale on jest rekordzistą w tej szkole.

Swoją drogą to wciąż mnie dobija fakt, że ja musiałam przez 5 lat się uczyć w Polsce, żeby dojść do takiego poziomu do jakiego tu się dochodzi po roku nauki. Jakby się finansowo temu przyjrzeć, to nie wiem czy taki rok w Japonii nie wyszedłby mi taniej niż 5 lat chodzenia na kursy w Polsce. Ale to też daje nadzieję na przyszłość, że jak mi się zachce uczyć kolejnego języka to wiem, że w ciągu mniej więcej roku można naprawdę zrobić ogromne postępy.

1 komentarz:

  1. ja ostatnio na kursie wakacyjnym poznałam dziewczyne (Starszą ode nie pare lat) która zaczeła się uczyć japońskiego w tamtym roku we wrześniu i już była na naszym poziomie (ofc miałam duży większy zasób slów od niej ale i tak xP) więc wszystko jest możliwe~ xP tylko żeby jeszcze mieć tyle hajsu na to eh Y.Y

    OdpowiedzUsuń