wtorek, 3 sierpnia 2010

Miesiąc

Właśnie minął pierwszy miesiąc od kiedy przyleciałam do Tokio... Cóż mogę rzec? Czas pędzi nieubłaganie. Wciąż pamiętam moją pierwszą podróż pociągiem z lotniska do domu i stresy z nią związane. A tu już prawie połowa wyjazdu za mną. W ciągu tego miesiąca udało mi się w zasadzie sporo zrobić. Czuję, że mój japoński jest już na innym poziomie niż był przed przyjazdem tutaj. Znacznie łatwiej mi się rozmawia i nawet znaki zaczynają mi lepiej iść. Gdybym tu nie przyjechała to nie wiem kiedy doszłabym do takiego poziomu. Dlatego pamiętajcie - jak już będziecie mieli swoje dzieci, choćby nie wiem co, choćbyście sami mieli przymierać głodem, wysyłajcie je za granicę ile się da. Takie doświadczenie kompletnie zmienia sposób patrzenia na rzeczywistość. Moje dzieci zwiedzą pół świata za moje pieniądze. Takie jest moje postanowienie.

Oczywiście życie na drugim końcu świata nie jest usłane różami i jest tutaj wiele problemów, głównie związanych z różnicami międzykulturowymi, ale dzięki temu, że przez pięć lat non-stop starałam się dowiedzieć jak najwięcej o Japonii, jestem w stanie akceptować wszystko co mnie tu spotyka.

A chyba największym moim szczęściem z tego wyjazdu są cudowni ludzie, których tu poznałam. Śmieszne jest, że musiałam pojechać taki kawał drogi, żeby zaprzyjaźnić się z Niemką czy Francuzem. Bo Koreańczycy to już oddzielna historia. :)

A a propos przyjaciół, to z nimi wiąże się największa wada wyjazdów za granicę, czyli rozstania. :( W poniedziałek po raz ostatni widziałam się z Toshiko. Przed moimi zajęciami umówiłyśmy się w Akihabarze, żeby kupić jej DVD z Nodame Cantabile, moją ulubioną japońską dramą, która Toshiko też się bardzo spodobała. Niestety kiedy ją znalazłyśmy to okazało się, że kosztuje 25000 jenów (prawie 900zł), więc musiałyśmy zrezygnować z zakupów. Ja nie wiem kogo stać na takie wydatki. Bogu niech będą dzięki za Internet. :P

W każdym bądź razie strasznie nam było smutno, że już się więcej nie zobaczymy w Japonii i oczywiście mamy zamiar się spotkać w Europie jak najszybciej. I cały czas do siebie mailujemy. Nasze ostatnie wspólne zdjęcie:


To był poniedziałek. Natomiast we wtorek miałam okazję udać się jako "modelka" do manicurzystki, żeby mi zrobiła tipsy! Moje pierwsze tipsy z prawdziwego zdarzenia!! Całe szczęście nie są jakoś ekstremalnie długie, dlatego jestem w stanie bez problemów używać laptopa i komórki. A skąd ja się tam wzięłam? Otóż córka przyjaciółki Mamy-san jest manicurzystką i przygotowuje się teraz do egzaminu z nakładania tipsów. Biedna już trzy razy oblała ten egzamin, ale się nie dziwię, bo robota łatwa nie jest. W każdym bądź razie miałam okazję udać się do wypasionego salonu i mieć zrobione tipsy, które tutaj kosztują ponad 350zł, kompletnie za darmo. :)) Swoją drogą ceny w tym kraju nadal mnie przerażają. Ja bym w życiu nie wydała 350 zł na coś tak trywialnego jak paznokcie. No chyba, że na własny ślub. Ale żeby na co dzień? Chore, chore. Wypasiony salon był oczywiście w wypasionym centrum handlowym pełnym markowych sklepów. Powiem Wam szczerze, cieszę się, że Polska nie jest bogatym krajem. Takie miejsca jak to bardzo mnie przygnębiają. Pogoń za pieniądzem i za luksusem osiągnęła w Japonii bardzo niepokojący rozmiar. Może obecny kryzys gospodarczy jakoś otworzy oczy Japończykom i zrozumieją, że poza ładnymi ubraniami i kosmetykami na świecie jest wiele innych atrakcji, którym warto jest poświęcić uwagę.

Jakiś moralizatorski się ten post zrobił, ale co tam. :P Raz na miesiąc mam prawo się powymądrzać na własnym blogu. Szkoda tylko, że nikomu nie chce się komentować moich złotych myśli. :P Bo dobrze wiem, że wszyscy pilnie czytacie moje historyjki. ;)

2 komentarze:

  1. urszula mówi, krzyczy i pisze,że jej też tęskno!

    OdpowiedzUsuń
  2. omg 350zł za paznokcie toż to szaleństwo~! @.@
    nie no ceny zabijają odbiło im poważnie na tym punkcie tej >.>

    no a wyjazdy są bardzo edukacyjne zgadzam sie~~ ^^V

    OdpowiedzUsuń