poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Prawdziwe wakacje

W ten weekend po raz pierwszy poczułam, że jest lato i ż jestem na wakacjach. Kompletnie zapomniałam o tym, że przyjechałam tu na kurs i cały weekend wypoczywałam.
W sobotę wybraliśmy się na Itabashi Hanabi Taitai, czyli pokaz sztucznych ogni. Mama-san pomogła mi się ubrać w yukatę, uczesała mnie i pożyczyła mi specjalny woreczek/koszyczek/torebkę idealnie pasującą do mojego stroju. Całe przygotowania zajęły sporo czasu, ale zdecydowanie było warto! Oto efekt:



Potem jeszcze tylko założyłam moje przepiękne geta i ruszyłam w drogę. Spotkaliśmy się na dworcu Ikebukuro i poszliśmy do szkoły Karoliny, bo to wyjście organizowała właśnie jej szkoła. Tłumu nie było, bo z 13 osób, które szły 4 osoby były znajomymi Karoliny i troje było nauczycielami. Ale to w sumie bez różnicy w ile osób się idzie przecież. Najczarniejszy moment był wtedy, kiedy nauczycielka powiedziała, że od dworca na miejsce pokazów trzeba iść jakieś 30 minut. Dramat, jeśli się ma na nogach prawdziwe geta. Ale byłam twarda i wytrzymałam całą drogę w obydwie strony. :) I pierwszy raz miałam okazję jechać w legendarnym zapchanym metrze. To był coś. Jak wcześniej pisałam, zawiodłam się na tokijskim metrze jeśli chodzi o ścisk. Tym razem tłum przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Do pierwszego pociągu w ogóle nie udało nam się wsiąść. Do drugiego jakoś się wcisnęliśmy i nawet nie było tak źle. Ale musieliśmy przejechać pięć stacji, a z każdą kolejną tłum gęstniał. Pod koniec trudno było złapać oddech. A podobno niektóre linie metra tak wyglądają co rano. Tutaj widok stacji, na której wysiedliśmy:



I ja z Karoliną w tłumie:



Później jeszcze tylko pół godziny wleczenia się w tłumie ludzi w yukatach, co nie było takim ciężkim przeżyciem, a potem półtorej godziny obłędnego pokazu. Powiem Wam, że jak się jest ubranym w yukatę to zupełnie inaczej się ogląda sztuczne ognie niż jak się jest w normalnym stroju. Nie wiem czemu, ale tak po prostu jest. Yukata po prostu pasuje do sztucznych ogni, a sztuczne ognie pasują do yukaty. Tym razem nie chciało mi się robić zdjęć, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że było przepięknie. Prawdziwe japońskie lato.

W drodze powrotnej o dziwo nie było aż takiego ścisku w pociągu jak poprzednio i udało mi się bez większych problemów dotrzeć do domu. Tylko przez geta pod koniec zaczynałam rozważać opcję zdjęcia butów i wracania od dworca do domu na boso. Ale byłam twarda i doszłam w butach. Tylko kiedy je zdjęłam i weszłam na podłogę to podłoga wydała mi się miękka. Drewniana podłoga sprawiała wrażenie jakby była zrobiona z pluszu. Niesamowite uczucie, ale Mama-san mówi, że to normalne. Bałam się, że na drugi dzień będę miała straszne odciski, ale na szczęście tak nie było.
I tutaj zaczyna się niedziela. Pobudka o 5:45 i ruszam nad morze! Znaczy się nad Ocean Spokojny. ;) Droga zajmuje mnóstwo czasu, ale naprawdę było warto. Najpierw dwoma pociągami jechałam sama. Potem jechałyśmy razem z Karoliną, a następnie spotkaliśmy się z całą ekipą na dworcu Nishifunabashi w okolicach Chiby. W sumie było nas 7 osób. Czwórka z mojej grupy, Karolina, Koreańczyk i Japończyk.

Tutaj ładniejsza część naszej grupy:



Pojechaliśmy do Chiby i tam wsiedliśmy w pociąg jadący bezpośrednio do Onjuku, cudownego, malutkiego nadmorskiego miasteczka, którego podstawową zaletą jest to, że jest daleko od Tokio i nikomu nie chce się tam jeździć. Oczywiście nie znaczy to, że jest tam pusto, ale nie ma tam człowieka na człowieku tak to się dzieje na plażach, które według Japończyków są 1000 razy lepsze od Onjuku. Bo kiedy powiedziałam rodzicom-san, że jedziemy do Onjuku to musiałam się nasłuchać półgodzinnego wykładu Taty-sana o tym, że jest milion miejsc gdzie woda jest ładniejsza i widać rybki i w ogóle jest cudownie. I jak powiedziałam, że moi koledzy chcą surfować to oczywiście zaczął się cały wykład na temat tego gdzie jest mekka surferów i że tam powinniśmy koniecznie jechać. Na szczęście Mama-san jak zwykle mówiła, że pojedziemy tam gdzie się nam podoba i tyle. I całe szczęście, że wybraliśmy się akurat do Onjuku.
Jak wyszliśmy z dworca to zobaczyliśmy to:



A po kilkunastu minutach byliśmy już na plaży.



Ocean jest przepiękny, plaża jest duża, pogoda idealna na opalanie. Efekt jest taki, że teraz, w poniedziałek wieczorem, jestem czerwona jak rak, non stop się balsamuję i robię sobie okłady z lodu. Na zajęciach myślałam, że wyzionę ducha. A jutro pewnie nie będzie większej poprawy jeszcze. Ale wróćmy na plażę. Słoneczko, delikatny wiatr, gorący piasek… chce się żyć po prostu. I ta woda! Cieplutka, fale idealnej wysokości, żeby się w nich popluskać, ale nie żeby się utopić. Najfajniej było usiąść sobie na brzegu w płytkiej wodzie i czekać aż przyjdzie fala. Mogłabym tak siedzieć tam i nic nie robić przez cały tydzień. Dwaj kumple stwierdzili, że sobie tam przenocują i dopiero w poniedziałek wrócą do domu. Ale reszta wróciła w niedzielę. Kurczę, mam nadzieję, że uda nam się jeszcze raz tam pojechać niedługo, ale tym razem na dwa dni i z większą ekipą. Dworzec Onjuku wieczorową porą:



Ciężko było wrócić dzisiaj do szkolnej rzeczywistości, ale spotkała nas dzisiaj jedna miła niespodzianka. A mianowicie Nishimura-sensei powiedział, że w piątek zamiast wypracowania obejrzymy na zajęciach film o matsuri! :D Jak to dobrze, że go o to poprosiłam w piątek. Szczerze to się nie spodziewałam, że się zgodzi, a tu taki zaskoczenie. Zważywszy, że w piątek idę na występ Hitori de Dekirumona!!! Pierwszy raz w życiu zobaczę go na żywo! A co więcej idę z Yasem, czyli moim pierwszym japońskim przyjacielem, którego poznałam trzy lata temu w Warszawie i od tamtej pory zawsze ze sobą mailowaliśmy. Kiedy przyjechałam do Japonii rozmawiałam z nim tylko raz zaraz i ciągle czekałam kiedy się do mnie odezwie. A wczoraj podczas powrotu znad morza nagle do mnie zadzwonił! Szok! A jeszcze ważniejsze jest to, że przyjeżdża do Tokio i się możemy w końcu po tylu latach spotkać.

Niedziela to był mój dzień. Najlepszy z wszystkich jakie tu przeżyłam. A kolejny udany dzień na celowniku już w piątek. :D

2 komentarze:

  1. Wow Yasu nie zapomniał o tobie hahaha xDDD pozdrów go ode mnie~~ i baw się dobrze w piątek~~ ja zapewne bede się bawiła równie dobrze w Barcelonie, mam nadzieje ; )

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahaha, no nie wątpię, że się będziesz dobrze bawiła. Uważaj z tequilą. :P Pozdrowię Yasa już za 3 dni!! xD

    OdpowiedzUsuń