czwartek, 22 lipca 2010

Niedziela, 18.07.2010

Dzisiaj po raz pierwszy udałam się „za miasto”. Piszę w cudzysłowie, gdyż od Tokio do Yokohamy jedzie się pociągiem pół godzinki, a za oknami bez przerwy widzimy miejski krajobraz, stąd można pomyśleć, że to wciąż Tokio. :) Na wycieczkę pojechałam z Karoliną i Toshiko. O tyle o ile z Karoliną umówiłam się na stacji przez którą jeżdżę codziennie i już ją dobrze znam, to z Toshiko umówiłyśmy się na dworcu w Yokohamie. I to nie był najlepszy pomysł, bo rozmiar tamtego dworca jest przytłaczający. Hasło było, że jeśli ni znajdziemy się przy wyjściu z dworca to spotkamy się przed wejściem do podziemnego centrum handlowego, tylko oczywiście nie wzięłyśmy pod uwagę, że centrów takich może być kilka. :P Ale na szczęście komórki nas uratowały i jakoś siebie odnalazłyśmy. Dzisiaj były w planie dwa punkty podróży: China Town i pokaz sztucznych ogni wieczorem. Cóż mogę powiedzieć – moje pierwsze China Town w życiu, ale bez większych rewelacji. Chińczycy są znacznie mniej mili od Japończyków, więc trochę dziwnie się tam czułam. Przez dwa tygodnie zdążyłam się już przyzwyczaić, że jak wchodzisz do sklepu lub restauracji to wszyscy skaczą wokół Ciebie i traktują Cię jak półboga. A tutaj powrót do polskiej rzeczywistości. No ale przynajmniej zjadłam kilka smacznych rzeczy, które polecali mi rodzice-san, czyli: gomadango (kulki sezamowe, podobne do tych z Wooka), babeczkę kokosową (tak jakby u nas nie było :p) i nikuman (czyli bułka na ciepło z mięsnym nadzieniem, ciasto jest lekko słodkawe, ale bardzo smaczne). Były też jakieś świątynie, gdzie się paliło mnóstwo kadzidełek. To ma jakiś związek ze zmarłymi, ale ja się za bardzo nie orientuję. A sklepy to taki typowy chiński bazar w stylu naszego Stadionu Dziesięciolecia . Najbardziej podobał mi się ten sklep:



Potem udałyśmy się do parku Yamashita, znajdującego się nad morzem na pokaz sztucznych ogni. Poznałam tam moje dwie nowe miłości: hanabi taikai, czyli właśnie pokaz sztucznych ogni, oraz chu-hai, czyli gazowany napój alkoholowy (tylko 6%) w różnych owocowych smakach. Ja piłam cytrynowy, ale są też na pewno grapefruit i brzoskwinia i kto wie co jeszcze. Na zdjęciu poniżej ja i chu-hai :)



A teraz trochę więcej o hanabi taikai. Ogólnie to jest taki duży piknik. Ludzie przychodzą z kacykami/matami, przynoszą jedzenie i napoje, część ubiera się w yukaty, czyli letnie kimona, jest scena z jakąś muzyką na żywo, budki z przekąskami na ciepło i piwem, ogólnie cudowna atmosfera. Ja się czuję w takich miejscach jak ryba w wodzie, więc już postanowiłam, ze jak tylko będę mogła to będę chodziła na każdy możliwy hanabi taikai w Tokio, jaki będzie, a ma być ich trochę, bo sezon dopiero się zaczyna. Już się nie mogę doczekać kolejnego wyjścia. :) Szkoda tylko, że w Polsce coś takiego jest kompletnie niemożliwe do realizacji. Gdyby u nas można było pić w miejscach publicznych i na takich dużych zgromadzeniach otwartych, to pewnie strach by było tam się w ogóle pojawiać. A wygląda to mniej więcej tak:



Jak widać na załączonym obrazku, siedzi człowiek na człowieku, ale nikomu to zupełnie nie przeszkadza. Jest sporo rodzin z małymi dziećmi, ale chyba najwięcej jest par randkujących.
Posiedziałyśmy z dziewczynami, pogadałyśmy, napiłyśmy się chu-haia i piwa, a potem zaczął się pokaz właściwy. Trwał mniej więcej 20 minut i przy każdym ładniejszym wybuchu rozlegały się gromkie brawa na terenie całego parku. Obłęd. Oczywiście odruchowo wczuwasz się w atmosferę i zaczynasz wołać tak jak wszyscy: łooo, ale piękne, suuuper, itd. itp. Jak wiecie nie jestem specjalistą od robienia zdjęć, więc wrzucę to co jest najbardziej znośne, ale oczywiście w żaden sposób nie oddaje to wrażenia jakie robią prawdziwe fajerwerki. Tam trzeba po prostu być.





Była ogromna różnorodność fajerwerków – wysokie i niskie, duże i małe, jednokolorowe i wielokolorowe, okrągłe, w kształcie serduszek, uśmiechniętych buzi i pyszczków kota. Koty zrobiły chyba największą furorę.
To drugie zdjęcie to finałowy wybuch. Toshiko mówi, że zawsze na koniec są wielkie złote fajerwerki. Mam nadzieję, że już wkrótce sama się o tym przekonam. Oszalałam kompletnie na punkcie hanabi taikai. Chyba póki co to był dla mnie najbardziej udany dzień, od kiedy tu jestem.

1 komentarz:

  1. No nie mogę, fajerwerki w kształcie Hello Kitty. xP ^^"

    Lasvegas Hi-tech wymiata! xD

    OdpowiedzUsuń