Dzisiaj przed zajęciami umówiłam się z koleżankami na matsuri w pobliżu szkoły. Matsuri to taki festyn uliczny. Rozstawiają się budki z różnymi przekąskami, głównie grill, słodycze i napoje. Poza tym są jakieś gry dla dzieci w stylu łowienia złotych rybek, czy jakichś plastikowych piłeczek. Ponieważ poszłyśmy tam przed południem ludzi było mało. Wszystko rozkręca się popołudniu, ale wtedy ja mam zajęcia oczywiście, więc nie wiem co się działo.
Usiłowałam dzisiaj zrobić coś z moimi zajęciami ze znaków. Po zajęciach zostałyśmy z Toshiko w Sali, żeby porozmawiać z naszym senseiem. Powiedziałyśmy, że już uczyłyśmy się tych wszystkich znaków i trochę to dla nas jest bez sensu. W trakcie tej rozmowy weszła jakaś babka i powiedziała, że słyszy o czym rozmawiamy i że wszyscy uczniowie mówią to samo, ale jak chcemy możemy później przyjść do biura i zobaczyć wynik swojego testu. Ja od razu powiedziałam, że wiem, że test poszedł mi beznadziejnie, ale teraz uczę się czegoś co już umiem. Ale nic nie dało się zrobić, bo musiałyśmy iść na następną lekcję w innym budynku. Swoją drogą to strasznie niemiła była ta kobieta – pierwszy taki przypadek od kiedy tu przyjechałam. Może dlatego tak się z Toshiko zdenerwowałyśmy. Jak później gadałyśmy z koleżanką to ona powiedziała, że też próbowała się przenieść i jej nie pozwolili. I też mówiła, że ta kobieta jest jakaś niemiła. Dlatego strasznie nie chciałam iść do biura, żeby nie trafić na tę kobietę, ale i tak poszłam, bo coś trzeba było zrobić z tą sytuacją. Na całe szczęście trafiłam na jakiegoś przesympatycznego młodego pana. Zupełnie inna rozmowa niż z tamtą babką. Miło, sympatycznie, widać było, że chce mi jakoś pomóc i w końcu ustaliliśmy, że kupię sobie książkę do wyższego poziomu i sama się będę z niej uczyć, a na początku sierpnia będzie kolejny egzamin poziomujący i wtedy będę mogła awansować na wyższy poziom. To jest chyba jedyne sensowne rozwiązanie w tym momencie. I tak znaków uczy się głównie w domu, a nie na zajęciach. Więc teraz mam postanowienie, żeby codziennie uczyć się znaków z dwóch poziomów jednocześnie. Dość ambitne zadanie, ale powalczę. W szczególności, że książki są tak skonstruowane, żeby ucząc się codziennie opanować cały materiał w ciągu 6 lub 8 tygodni. A w szkole zajęcia ze znaków są tylko 2 razy w tygodniu i przez cały semestr planem jest przerobienie połowy pierwszej książki. Dziwna sprawa. Poza tym nadal czytam codziennie Murakamiego, co też zabiera sporo czasu, a na podróże metrem kupiłam sobie jakieś romansidło, żebym nie musiała do jego czytania używać słownika. Muszę w ciągu tych 3 miesięcy nauczyć się kilkuset znaków i koniec.
A żeby nie było tak poważnie to pochwalę się kolejnym kulinarnym doświadczeniem. Dzisiaj jadłam lunch jak prawdziwy salariman – anpan i mleko. Anpan to jest bułka z nadzieniem z anko, czyli słodkiej pasty z fasoli – palce lizać! I poniekąd zdrowe. ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz