Przed wyjściem na hanabi taikai muszę trochę poćwiczyć chodzenie w geta, bo nie jest to to samo co zwykłe japonki. :P
A co poza tym się u mnie działo? W sobotę po zakupach umówiłam się z moją nauczycielką japońskiego z Polski – Mayą. Bardzo sympatyczne spotkanie. :) Najpierw przez 15 minut usiłowałam dotrzeć na umówione miejsce na dworcu Shinjuku, ale w końcu jakimś cudem mi się udało. Poszłyśmy do kawiarni, całkiem eleganckiej, ale oczywiście odległość między stolikami nie przekraczała 20 cm. Na szczęście cały czas gadałyśmy po polsku, więc nie było problemów. Tylko trochę dziwię się wszystkim ludziom przychodzącym na randki w takie miejsca. Ale co kto lubi. Później wzięłyśmy się za poszukiwania tortu dla chłopaka Mai, bo miał akurat urodziny. Jeśli chce się kupić ciastko i zjeść je na miejscu nie ma z tym problemu, ale kupienie tortu nie jest już takie łatwe. W końcu udało nam się dotrzeć do jakiegoś (podobno znanego) domu towarowego, gdzie całe jedno piętro było poświęcone słodyczom. No tam to można się wyżyć. Jeśli jesteś na diecie to najlepiej zrobisz wymazując ze swojej świadomości istnienie takich miejsc. Wszystko aż się prosi o zjedzenie. Jakby zdarzyło mi się wpaść tu w depresję to już wiem gdzie się udać, żeby sobie poprawić nastrój. :)) Mam nadzieję, że tort, który wybrałyśmy był smaczny. Wyglądał zachęcająco.
Kolejny punkt dnia to spotkania z Gosią i Karoliną – moje dwie koleżanki z japońskiego w Polsce. Do Gosi uśmiechnął się los i miała okazję „pilnować” mieszkania jakiegoś swojego bogatego znajomego, który wyjechał do Polski. Tak więc miałam okazję pograć sobie w bilard, poznać nowy alkohol – koreańskie makkori (polecam) i podziwiać piękny widok z 16-go piętra wypasionego apartamentowca.
Jeszcze raz, Gosiu, dziękuję za zaproszenie! :*
W poniedziałek natomiast udałam się po raz pierwszy do izakaya, czyli japońskiego baru.Kolejne małe marzenie spełnione. Poszłam z Mamą-san, jej koleżanką z pracy i jej dwójką dzieci. To taka mała próba, przed moim piątkowym wyjściem z grupą! ;) Podstawowa obserwacja: oni chodzą do baru, żeby jeść, a przy okazji się napić, a nie żeby pić i coś przegryźć. Tak więc wypiłam jedno piwo i jedno shochu (25% podobno) a zjadłam z osiem różnych potraw. Wszystko jak zawsze pycha i jak zwykle czego bym nie spróbowała to padało pytanie: jesteś w stanie to zjeść? Smakuje ci? Jakieś wnętrzności kurczaka były trochę gumiaste, ale dałam radę. :) Inne rzeczy były super, tylko niestety nie jestem w stanie spamiętać tych wszystkich nazw. Oni sami nawet nie wiedzieli jak się nazywa jedna ryba jaką jedliśmy. Tak więc pierwsze wieczorne wyjścia za mną. Powoli zaczynam żyć jak normalny człowiek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz