sobota, 10 lipca 2010

Czwartek, 08.07.2010

Dzisiaj przed zajęciami z nikim się nie umówiłam, więc mogłam sobie pospacerować po okolicy. W końcu udało mi się zgubić w Tokio!! Przez jakieś pół godziny kręciłam się po okolicy kompletnie nie wiedząc w jakim kierunku zmierzam. Ostatecznie dotarłam pod Uniwersytet Meiji. Bez sieci nie jestem w stanie sprawdzić żadnych danych na jego temat, ale wydaje mi się, że to jeden z większych uniwersytetów w Tokio. Jego ogrom mnie kompletnie przytłoczył. Mam nadzieję, że oni mają w jednym kampusie wszystkie wydziały, bo jeśli nie to zacznę twierdzić, że UW to jakaś szkółka niedzielna w wiejskiej parafii. Serio, widziałam tylko jeden budynek, chyba największy z całego kompleksu, ale aż ciężko jest uwierzyć, że taki wieżowiec może być uczelnią.

Zajęcia były dziś lekko nudnawe, bo uczyliśmy się głównie gramatyki. Jutro poznam nowego, już ostatniego, nauczyciela. Pan Nishimura bodajże. Z nim będę miała zajęcia aż 4 razy w tygodniu, bo będzie też uczył mnie znaków. Miałam wyniki testu i trafiłam do tej samej grupy z moimi trzema koleżankami. Bardzo się z tego cieszę, bo się świetnie dogadujemy. W niedziele wybieramy się zwiedzić Asakusę. Oby była znośna pogoda. Ponad nami będą tylko dwa poziomy, więc jestem z siebie zadowolona. Tylko teraz pytanie jak będą wyglądały same w sobie zajęcia. Podobno są trochę nudnawe. No ale przekonam się o tym na własnej skórze dopiero we wtorek.

A po zajęciach spotkałam się z Karoliną i pojechałyśmy do Akihabary, żeby kupić sobie denshi jisho – słowniki elektroniczne. Słyszałam, że takie przeciętne kosztują ponad dwa many (20.000 jenów). W przeliczeniu na nasze 800 zł. W pierwszym sklepie do jakiego trafiłyśmy ceny oscylowały wokół 3,5 mana. Lekko się przestraszyłyśmy. Po dość niedługim czasie trafiłyśmy do sklepu, który ja w pierwszej chwili wzięłam za malutki. Po zakupie jak się rozejrzałam okazało się, że sklep jest bardzo wąski, ale za to dłuuugi. Ale wróćmy do słowników. Ten co nas interesował, a tak naprawdę chodziło o jedną funkcję – możliwość pisania rysikiem znaków na touchpadzie – kosztował dwa many. Przemiły pan sprzedawca (nie wiem jak ja wrócę do polskiej rzeczywistości) spytał się co robimy i jak się dowiedział, że uczymy się japońskiego to dał nam zniżkę studencką. Jak się chciałam dowiedzieć czy mamy jakiś dokument potwierdzający, że jesteśmy studentkami to stwierdził, że nam ufa i nic nie musimy pokazywać. W końcu słownik mnie kosztował 17.000 jenów. A liczba jego funkcji jest chyba nieskończona. Poza zwykłym słownikiem jest np. japońska encyklopedia, parę programów do nauki angielskiego, mnóstwo programów do nauki znaków, jakieś wiadomości o potrawach z różnych krajów i inne tego typu atrakcje. Pewnie w życiu nie użyję większości z tych opcji.

Kurczę, jestem tutaj niecały tydzień, a tęsknię za Wami wszystkimi jakbyśmy się z rok nie widzieli. Dzięki wielkie za maile, staram się na nie odpisywać najszybciej jak mogę. Dobrze jest wiedzieć co z Wami się dzieje. Jak jakimś cudem uzyskam dostęp do Internetu to będę więcej pisać i w końcu będę mogła używać Skype’a. Przez ostatnie dwa dni nie widziałam sieciuni na oczy i już czuję się jak na jakimś detoksie.

O, już zrobiło się grubo po północy. A miałam plan, żeby się dzisiaj wcześnie położyć spać. ^^” Kończę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz