piątek, 16 lipca 2010

Niedziela, 11.07.2010

Yyy… miałam opisać co dzisiaj robiłam, ale właśnie włączyłam TV i leci jakiś przerażający live action. Jakieś licealistki przemieniające się w super-bohaterki strzelające tęczą i serduszkami. Nie wiem kto coś takiego ogląda. Źli wrogowie jak się zdenerwują to zęby i oczy z ludzkich zmieniają im się na tygrysie. Na szczęście to były dwie ostatnie minuty tego serialu. Chyba więcej bym nie zniosła.
A teraz skrót mojego dnia. O 11 przyjechałam na dworzec Asakusa zgodnie z planem. Umówiłyśmy się przy wyjściu Kaminarimon. Problem pojawił się, kiedy się okazało, że różne linie metra mają wyjścia w różnych miejscach. Po jakichś 20 minutach udało się nam jakoś odnaleźć z wszystkimi dziewczynami. Tłum był tragiczny. Już nigdy więcej nie wybiorę się tam w niedzielę. Kiedy wychodzisz z metra od razu zaczynają do Ciebie się drzeć dziesiątki młodych Japończyków czy nie chcesz, żeby Cię oprowadzili lub przewieźli rikszą. Oczywiście ceny są nastawione na dzianych turystów, więc wiadomo, że nie byłyśmy zainteresowane taką opcją. Jednak najgorzej było kiedy Toshiko poszła sobie coś kupić do picia i ja zostałam na dwie minuty sama. Jakiś rikszarz zaczął ze mną gadać, skąd jestem itp. itd. i po chwili stwierdził, że jestem taka piękna, że zaraz się we mnie zakocha. =.= Na szczęście udało mi się go spławić, ale powiedziałam Toshiko, żeby już mnie nigdy więcej samej nie zostawiała w takich miejscach. :P Potem jeszcze od innego gościa usłyszałyśmy „Hey, angels” i potem był jeszcze jakiś następny natręt. Straszne miejsce. Naprawdę, przez to że to była niedziela tłum był tak wielki, że ledwie dało się chodzić. Robienie zdjęć to była męczarnia. Ale mimo wszystko trochę ich zrobiłyśmy, więc coś tu wrzucę.

Kaminarimon i ja



Tłum na uliczce wiodącej od Kaminarimonu do świątynie Sensouji



Przywieszki do telefonów – wielka miłość Japończyków



Udało nam się zwiedzić świątynię Sensouji, która podobno stoi tu już 1000 lat. Oczywiście odnawiana kilkukrotnie. Nawet teraz jej część była remontowana. Toshiko wytłumaczyła mi, że przed wejściem do świątyni należy się oczyścić poprzez obmycie rąk i napicie się wody ze źródła(?) znajdującego się przed wejściem. Obrząd trochę podobny do naszego żegnania się wodą święconą. Miałam też okazję powdychać trochę uzdrawiającego dymu, bo za taki jest uważany dym powstały z wypalanych kadzideł. A po wejściu do środka wylosowałam sobie japońską wróżbę. To się jakoś nazywa, ale nie mogę sobie akurat teraz przypomnieć. W każdym bądź razie wylosowałam „wielkie szczęście – 大吉”, czyli najlepszą możliwość. Ach żeby tak się sprawdziło wszystko co jest tam napisane. Ale to jeszcze nie koniec tego obrządku. Jeśli wylosowałabym pecha, to wtedy karteczkę z losem należy złożyć i przywiązać do specjalnego stojaka w świątyni, a wtedy los się odmieni.
Poza tym pospacerowałyśmy trochę po okolicy, zobaczyłyśmy dwie mniejsze świątynie, poszłyśmy na most na rzece Sumida, z którego widać budynek „Płomień Złota”. Chyba nie muszę tłumaczyć skąd taka nazwa. ;)



I chwalę się nowymi doświadczeniami kulinarnymi! Dzisiaj pierwszy raz jadłam kruszony lód. Tak tak, taki sam jakiego używamy czasami do drinków. Tutaj się go je tak samo jak lody. Mój był o smaku bananowym. Bardzo dobry, szczególnie jeśli ma się serdecznie dosyć zaduchu i tłoku. A po lodach zjadłyśmy jeszcze taiyaki, czyli ciastka na ciepło w kształcie rybek. Bardzo tutaj popularne. Wcale się nie dziwię, bo są rewelacyjne. W smaku podobne do naszych gofrów, ale w środku mają różne rodzaje nadzienia. Ja sobie wzięłam z kremem brzoskwiniowym. Dobrze, że szybko odeszłyśmy od sklepu, bo w innym wypadku kupiłabym jeszcze ze trzy następne taiyaki. Tata-san mi powiedział, że powinnam w Warszawie założyć sklep sprzedający taiyaki. Może powinnam to rozważyć? :D Produkcja wygląda tak:



Jak już byłyśmy kompletnie zmarnowane tłumem ludzi otaczającym nas ze wszystkich stron stwierdziłyśmy, że zrobimy sobie spacer to Parku Ueno. Ja mieszkam na południowym-zachodzie Tokio, a Asakusa i Ueno są na północnym-wschodzie, dlatego stwierdziłam, że warto upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Był to rewelacyjny pomysł. Park Ueno był chłodny i świecił pustkami jak na tokijskie standardy. Poczułam się trochę jakbym wróciła do Polski. W końcu trochę zieleni, a nie tylko beton, stal i drewno na przemian. Nawet widziałyśmy jeziorko, na którym można udać się na romantyczną randkę w łódce w kształcie łabądka. Czyż ten kraj nie jest słodki? Poza tym w Parku Ueno jest całkiem znane ZOO, do którego mamy zamiar się kiedyś wybrać. Tym razem się nie udało, bo było 40 minut do zamknięcia. W czasie drogi powrotnej na dworzec usłyszałyśmy, że gdzieś w pobliżu jest koncert. Okazało się, że akurat dzisiaj w Ueno był mały festiwal, na który był wstęp wolny. Oczywiście musiałyśmy zobaczyć co się dzieje i weszłyśmy do amfiteatru. Coś w stylu amfiteatru w Parku Sowińskiego. Trafiłyśmy na występ zespołu Kariyushi, którego oczywiście nie znałyśmy, ale bardzo się nam spodobał. Trzech młodych chłopaków, grających na gitarach i instrumencie podobnym do shamisenu, ale inaczej się nazywającym. Jeden z tych gości wyglądał jak aktor, którego widziałam w kilku dramach i przez cały czas się zastanawiałam czy to on czy nie. Ale po powrocie do domu sprawdziłam w Internecie, że to chyba jednak kto inny. Tak czy siak koncert był super. Widownia świetnie się bawiła, zespół dawał z siebie wszystko. Oby udało mi się trafić na więcej eventów w takim stylu.



To będzie tyle na dzisiaj. No może jelcze tylko wspomnę, że dzisiaj w Japonii były wybory do Parlamentu i teraz w telewizji nie ma nic innego tylko rozmowy o nich. Studia z wynikami mają we wszystkich stacjach, może poza dwiema, i wciąż teraz o tym gadają. Co ciekawe wyniki pomiędzy stacjami różniły się jeszcze bardziej niż u nas ostatnio. Niestety kompletnie nie rozumiem systemu wyborczego w tym kraju. Najpierw pojawiły się całe wyniki – po ile stołków ma każda partia, ale potem nagle połowa z tych miejsc zniknęła i wpadła do puli „pozostałe” i teraz powoli z niej wraca do poszczególnych partii. Różnica między dwiema głównymi partiami jest minimalna. I ciągle pokazują jakąś panią i robią z nią wywiady. Czyżby nowym premierem Japonii miała być kobieta? Nie bardzo chce mi się w to uwierzyć. Może jutro coś się wyjaśni. Acha, Japończycy jak się cieszą to naprawdę krzyczą banzai i machają rękami do góry. Chciałabym zobaczyć Komorowskiego wykonującego taki gest. :) Swoją drogą to nawet nie wiem jaka była jego reakcja na wyniki. :(( Czuję się tutaj odcięta od świata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz