piątek, 16 lipca 2010

Soobota - ciąg dalszy

W końcu dostałam się do Internetu i wrzuciłam tutaj wszystkie posty. Mam nadzieję, że będzie się Wam chciało je kiedyś przeczytać. ;)
A teraz czas na moje wrażenia po pierwszym japońskim karaoke w Japonii. Po pierwsze Japończycy w wieku szkolnym i studenckim chyba nie przeżyliby bez karaoke. Poszliśmy ze znajomymi na to karaoke w Ikebukuro w podziemiach jakiegoś sklepu. Japońskie „salony” karaoke to mnóstwo małych i troszkę większych pokoików w których gnieżdżą się dzieciaki chcące sobie trochę pośpiewać. Jako że byliśmy tylko w cztery osoby to trafił nam się chyba możliwie najmniejszy pokoik. Miał on może z 6 metrów kwadratowych powierzchni. Ogromny ekran jest oddalony od Ciebie o jakieś półtora metra. Równie dobrze mogliby używać 21 calowych monitorów, a i tak wszystko byłoby świetnie widać z takiej odległości. Piosenek jest tam nieskończona ilość do wyboru. Każda japońska jaka przyszła mi do głowy była w bazie. Bardzo się ucieszyłam, bo miałam nadzieję, że w końcu pośpiewam na karaoke jakieś obecne hity, ale wszyscy, którzy ze mną przyszli wybierali same stare piosenki, głównie z anime. :(( A piosenki, które ja wybierałam okazały się zbyt trudne do śpiewania. Przynajmniej jak na pierwszy raz. A poza tym nikt poza mną ich nie znał. Przed następnym karaoke muszę się lepiej przygotować i wybrać sobie zawczasu piosenki, w których nie będzie rapu. Była też jedna obłędnie głupia opcja. A mianowicie po zakończeniu piosenki pojawiał się komunikat ile spaliło się kalorii podczas śpiewu. Np. 4,5 albo 9,3. Po prostu nie wiedzieli już co zrobić chyba. Czasami Japończycy mnie załamują.
Po karaoke poszliśmy na chwilę do centrum handlowego. Nigdy więcej nie chcę tam wracać. :P Nigdy nie przepadałam za chodzeniem na zakupy, ale to co się dzieje tutaj przechodzi ludzkie pojęcie. Przypomnijcie sobie jak wygląda Arkadia na dwa dni przed Bożym Narodzeniem i pomnóżcie to przez dwa. Tak wygląda przeciętna sobota w przeciętnym centrum handlowym w Tokio. Ja nie rozumiem po co oni wszyscy tam przychodzą. Hałas i tłok są wręcz odpychające. Szybko się stamtąd ewakuowaliśmy i poszliśmy do księgarni, bo sobie wymyśliłam, że już czas najwyższy, żeby kupić moją pierwszą japońską książkę. Oto i ona:



Murakami Haruki – 1Q84. Jeszcze minie sporo czasu zanim ta książka będzie przetłumaczona, więc uznałam, że warto samej się z nią zmierzyć. Postanowiłam, że będę czytać 1-2 strony dziennie. Dzisiaj wykonałam ten plan. Ciekawe czy jutro też mi się uda. Nie jest łatwo, ale powalczę. Najgorsze jest to, że to dopiero pierwszy tom z trzech. Jeśli mój japoński nie ulegnie drastycznej poprawie to czytanie go zajmie mi ponad rok. ;(( Ale za to jak już mi się uda przeczytać to będę przeszczęśliwa.
Po księgarni poszliśmy do restauracji, żeby trochę odsapnąć i pogadać. Zamówiłam sobie galaretkę z zielonej herbaty. Pycha! Polecam osobom, które tak jak ja nie przepadają za bardzo słodkim jedzeniem. Ogólnie dzisiaj jadłam same dobre rzeczy. Na lunch miałam okazję zjeść takoyaki. Zdjęcie poniżej, ale i tak nie za bardzo widać co na nim jest. Tako to ośmiornica, a Yaku znaczy po japońsku smażyć. Takoyaki to smażona ośmiornica innymi słowy. Wiem, że się już oblizujecie i mi zazdrościcie, że mam okazję jeść takie przysmaki. :PP



A na kolację miałam hiyashi chuuka, czyli zimny makaron w specjalnym sosie ze świeżym ogórkiem i pomidorem. Też pycha, tylko jedzenie długiego i cienkiego makaronu pałeczkami zajmuje mi wieki. Mama-san mówi, że do wyjazdu na pewno nauczę się jeść pałeczkami równie szybko jak oni potrafią. Oby miała rację…
Na dzisiaj tyle. Zrobiła się pierwsza, a jutro rano pobudka i potem wycieczka do Asakusy. Słyszałam, że ma być kiepska pogoda, ale i tak postaram się zrobić jakieś zdjęcia i tu je wrzucić.

1 komentarz:

  1. omg takoyaki~! *____* si zazdroszczę aż mi ślinka pociekła XD

    OdpowiedzUsuń