sobota, 10 lipca 2010

Oh, happy day!

Dzisiejszy dzień, chyba był póki co najbardziej dla mnie udany od czasu przyjazdu. Przede wszystkim dlatego, że kupiłam japoński telefon. Nie wiedziałam, że życie bez komórki jest aż tak trudne. Przed wyjazdem zakładałam, że kupię ją po jakichś dwóch tygodniach od przyjazdu. Ale zakładałam, że będę miała Internet. Nadal go nie mam, ale za to komórka ratuje mi życie. Jej główną zaletą jest to, że mam nieograniczoną liczbę maili do wysłania, więc każdy kto ma do mnie jakąś sprawą może pisać na adres: martes.chan@softbank.ne.jp Samo kupowanie na początku zapowiadało się mało ciekawie, bo w dwóch sklepach, w których byłyśmy z Karoliną powiedzieli, że nie mają pre-paidów. Na szczęście w sklepie blisko Karoliny domu udało się dopaść telefon dla mnie. A do tego pan sprzedawca był tak przemiłym człowiekiem, że od razu wszystko mi poustawiał i jeszcze chwalił mój japoński. :P A w tle leciała płyta jednego z moich ulubionych japońskich zespołów – GReeeeN.

Powiem Wam, że do tej pory oburzałam się czemu wszyscy Japończycy w metrze wciąż bawią się komórkami. Już mnie to kompletnie nie dziwi.^^” ale to pewnie dlatego, że wciąż odczuwam bardzo poważny niedobór Internetu w moim życiu japońskim.
Teraz przejdźmy to tematu zasadniczego, czyli szkoły. W końcu zaczęły się zajęcia. Krótko mówiąc jestem nimi zachwycona. Aczkolwiek trzeba się naprawdę bardzo postarać, żeby mi się nie podobały zajęcia z jakiegokolwiek języka obcego. W mojej grupie mniej więcej połowa z 13 uczniów jest z Azji, głównie z Korei Płd. Na szczęście moje wczorajsze obawy się nie spełniły i nie mam grupy pełnej Amerykanów, Francuzów i Rosjan. Poza tym nie pamiętam czy pisałam o tym w poprzednim poście, ale wczoraj musieliśmy podpisać cyrograf, którego pierwszym punktem było przyrzeczenie, że na terenie szkoły nie będzie się używało żadnego innego języka poza japońskim. Szczerze mówiąc byłam pewna, że to jest kompletnie niemożliwe, ale jednak się da. Siedzę w ławce z pół Japonką pół Niemką i gadamy tylko i wyłącznie po japońsku. A jutro umówiłyśmy się na wspólny lunch jeszcze z dwiema Koreankami. Ciekawe gdzie pójdziemy… Poziom mojej grupy to średniozaawansowany-wyższy. Wygląda na to, że w szkole są trzy poziomy średniozaawansowane, a ten mój jest z nich najwyższy. Odpowiada mi to idealnie, bo przygotowuje mnie do egzaminu, który mam zamiar pisać w grudniu. Ciekawe ile się nauczę w czasie kursu. Dzisiaj mieliśmy super nauczycielkę. Znała część uczniów, bo tylko połowa z nas jest nowa w tej szkole. I na przerwie pokazywała jednemu gościowi, których wspólnych znajomych mają na facebooku. A babka jest tak konkretnie po pięćdziesiątce. Oby więcej takich nauczycieli. Jutro będzie kto inny. Mam nadzieję, że też mi się spodoba.

Obiad był dzisiaj w zachodnim stylu. Wszystko co miałam na talerzu jadam w Polsce. Pierwszy taki posiłek od kiedy tu jestem. A był to kotlet mielony, nie wiadomo czemu nazywany po japońsku hamburgerem, sałatka z kiełków i papryki, sałata lodowa, brokuły i jajko na twardo. Ale żeby nie było za prosto – zjadłam to wszystko pałeczkami! :D Okazało się, że jednak źle je trzymam. -_- Nie wiem czy się kiedykolwiek nauczę jeść nimi prawidłowo. Mimo problemów byłam twarda i nie poprosiłam o sztućce. Na deser miałam okazję zjeść japoński chleb smakowy. Co jak co, ale to im się udało. Widziałam kiedyś w jednym programie o Kyoto sklep z takim pieczywem i myślałam, że Japończycy już kompletnie upadli na głowę. A tu kolejne zaskoczenie! W rzeczywistości to jest coś pomiędzy naszym chlebem pszennym a ciastem drożdżowym. Były trzy smaki do wyboru: jagodowy, zielona herbata i z rodzynkami. Ja zjadłam ten pierwszy – pychota. Muszę kiedyś spróbować innych.
To chyba tyle na dzisiaj. Może jutro uda mi się to wrzucić…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz