piątek, 16 lipca 2010

Wtorek, 13.07.2010

Dziś na śniadanie spotkałam się z kolejnym japońskim (ale chyba nie tylko) wymysłem, a mianowicie ze złotym kiwi. Wygląda to tak:



A smakuje jak lekko sfermentowane zwykłe kiwi, czyli delikatnie mówiąc - słabo. Czasami Japończycy potrafią przedobrzyć z udziwnieniami. Na „lunch” kupiłam sobie kolejny popularny produkt dla zabieganych salarimanów , czyli… czyli… hmm… nie wiem nawet jak to nazwać. W każdym bądź razie jest to coś z owoców, coś pomiędzy galaretką, dżemem a jogurtem i sprzedawane to jest w niedużych pojemniczkach z dzióbkiem, który się otwiera, a następnie ściskając opakowanie zawartość trafia przez dzióbek do ust. Słabo brzmi ten opis, łatwiej by było jakbyście zobaczyli reklamę czegoś takiego, ale niestety nie pamiętam nazwy. Wiem tylko, że takie coś reklamuje Yamapi. :P Swoją drogą bardzo fajna reklama. Muszę przyznać, że nie rozumiem popularności tego jedzenia, ponieważ jest fatalne w smaku. Tak sztucznego produktu z owoców jeszcze w życiu nie jadłam. Chyba powrócę do zwyczaju kupowania słodyczy na drugie śniadanie.
A teraz bardziej dramatyczna część dnia. Tak jak wcześniej zapowiadałam miałam dzisiaj pierwsze zajęcia ze znaków. I się załamałam. Test musiał mi pójść naprawdę tragicznie, bo dostałam się do grupy na przerażająco niskim poziomie. W czasie tego semestru mamy zrobić pierwszą połowę książki, w której ja nie znam może ze trzech kanji. :( Będę musiała walczyć, żeby mnie przenieśli na wyższy poziom, bo takie zajęcia jak dzisiaj to dla mnie kompletna strata czasu. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu zmienię grupę. Jestem beznadziejna jeśli chodzi o znaki, ale mam ambicje, żeby tu się ich mnóstwo nauczyć. A powtarzanie tego co już powinnam umieć wcale mi nie pomoże w realizacji mojego planu. Wszystko przez to, że zmienili egzamin państwowy z japońskiego i dodali jeden poziom, który ja mam zamiar ominąć w tym roku. A książka przygotowuje właśnie do tego poziomu. Póki co ludzie zmieniali grupy, ale raczej na niższe poziomy niż wyższe. Oby mi się udało awansować i to najlepiej o dwie klasy. Ten tydzień będę ostro kuła znaki i może się uda.
Na obiad jadłam prawdziwe domowe japońskie curry. Co za szczęście, że Mama-san tak świetnie gotuje! Po raz pierwszy od kiedy tu przyjechałam użyłam słowa „okawari”, czyli poprosiłam o dokładkę. Rodzice byli w szoku. :D I jadłam też glony kombu, określane mianem morskiego szpinaku, ponieważ równie dobrze wpływają na zdrowie jak on. Rodzice zakładali, że nie będą mi smakować, ale wcale tak nie było. Więc nadal szukają czegoś czego nie zjem. Jeszcze mają dwa miesiące na znalezienie takiej rzeczy. Ciekawe czy dadzą radę.
I zaczęłam oglądać nową dramę z Nishikido Ryo – JOKER. Zapowiada się nieźle. Jakbym miała Internet to bym trochę rozwinęła temat, a tak to tylko mogę napisać, że to typowy japoński kryminał. Właśnie! Jeśli macie jakieś dramy do polecenia to powiedzcie mi tytuły i kiedy lecą w TV, bo nie wszystkie dramy są reklamowane bez przerwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz